Ratownictwo Medyczne i Pierwsza Pomoc - Ratunek24.pl

... a w zasadzie, mogę jechać do szpitala się przebadać ...

Bezzasadne interwencje są zmorą polskiego ratownictwa medycznego.

Problem nieuzasadnionych interwencji zespołów ratownictwa medycznego jest z pewnością tematem drażliwym. Zarówno dla osób wzywających pogotowie jak i dla nas - osób znających system ratownictwa medycznego niejako "zza lady". Niemniej jednak niezaprzeczalnym faktem jest to, że bezzasadne interwencje są zmorą polskiego ratownictwa medycznego. Jak wynika z ankiety przeprowadzonej na 378 respondentach będących pracownikami zespołów ratownictwa medycznego aż 67,5% z nas z problemem tym spotyka się kilkukrotnie w ciągu jednego dyżuru! Niniejszy artykuł jest próbą zgłębienia tego problemu oraz przedstawienia możliwych rozwiązań.



Nic dwa razy... 


Wiele prawdy tkwi w słowach Szymborskiej "nic dwa razy się nie zdarzy"… Próżno jest bowiem szukać dwóch identycznych powodów nieuzasadnionego wezwania zespołu ratownictwa medycznego. Wszak motywów jest tyle, co pacjentów. Jednak analizując problem dogłębniej, wszystkie bezpodstawne wyjazdy pogotowia ratunkowego można podzielić na dwie główne grupy. Są to albo fałszywe wezwania w dobrej wierze, albo ich przeciwność: celowe działania osób bezzasadnie wzywających zespół ratownictwa medycznego.


Ile razy zdarza się, że system Państwowego Ratownictwa Medycznego aktywowany jest przez przejeżdżającą samochodem osobę, która widząc leżącego pod drzewem człowieka chwyta za telefon dzwoniąc pod trzy dziewiątki i nie zatrzymując się odjeżdża w przeświadczeniu spełnienia obywatelskiego obowiązku? Ile razy tak wezwany zespół, po przyjeździe na miejsce nie zastaje nikogo albowiem zmęczony życiem degustator niskiej jakości napojów wyskokowych zdążył zebrać siły aby dotrzeć do domu? Jestem pewien, że każda czytająca to osoba z opisanym problemem spotkała się nie raz. Trudno jest wyłączną winą za tak powstałe nieuzasadnione wezwanie obarczać jedynie osobę wzywającą pogotowie ratunkowe. W znacznej mierze osoby te odjeżdżają w kierunku zachodzącego słońca z pewnością spełnienia chrześcijańskiego obowiązku oraz przeświadczeniem rozbłyskującej aureoli nad ich głowami. W końcu chcą dobrze...  Fakt, że ustawodawca za udzielenie pomocy uważa samo wykręcenie magicznych trzech dziewiątek to już zupełnie inny temat. 


Cwaniak cwaniakowi nie równy


Przeciwieństwem powyższego są wszystkie te wizyty, gdzie pacjent (lub rodzina) wzywając zespół pogotowia ratunkowego próbuje nadużyć systemu ochrony zdrowia. Można tu mówić o zwykłym cwaniactwie. Obserwując to, jak Polacy potrafią kombinować nabywam przeświadczenia, że cwaniactwo wyssaliśmy z mlekiem matki przez pokolenia. I tak nasi dziadkowie zmuszeni byli do kombinowania, by przetrwać okupację natomiast nasi rodzice czynili to samo aby radzić sobie za żelazną kurtyną, która opadła wnet po umilknięciu wojennej pożogi. Czasy jednak się zmieniły... O ile cwaniakowanie i wszelakie kombinatorstwo było wyrazem życiowej zaradności lub oporu stawianego okupantowi, to w dzisiejszych warunkach jest ono najczęściej wymierzone w drugiego Polaka.


Przyczyną uruchomienia zdolności "kreatywnego radzenia sobie w trudnych sytuacjach" jest powszechny brak właściwego dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej o czym nie omieszkam jeszcze napomknąć. To nie jest tak, że młode osoby dorosłe kierują swoje kroki ku zespołom ratownictwa medyznego lub SOR'om z powodu niewiedzy, gdzie należy szukać pomocy. W większości przypadków przysłowiowy Kowalski, który ma potrzebę kontaktu ze służbą zdrowia oczekuje kontkatu z lekarzem! Przeważająca większość pacjentów zna nazwisko swego lekarza "rodzinnego" oraz adres przychodni, w której on przyjmuje. Ich naprawdę nie satysfakcjonuje kontakt z "jakimś tam ratownikiem", który to recepty nie wypisze, a o wystawieniu tak zwanego L4 nie wspomnę...


Problem zaczyna się wówczas, gdy wspomniany wyżej statystyczny Kowalski spotka się z odmową przybycia lekarza rodzinnego do domu lub odmową zapisania na wizytę w przychodni w dniu dzisiejszym. Sytuacja ta, będąca dla niego sytuacją trudną, wyzwoli wyryte w kodzie genetycznym przez pokolenia mechanizmy kombinowania. Będzie robił wszystko aby osiągnąć swój cel, zaspokoić potrzebę, uzyskać receptę, czy zwolnienie lekarskie. I tutaj najczęściej angażowany jest system ratownictwa medycznego, element systemu ochrony zdrowia przeznaczony do ratowania osób w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego. Ilu z naszych pacjentów oczekuje wprost przewiezienia do szpitala? Ilu z naszych stałych bywalców wychodzi z założenia, że przybyły zespół ratownictwa medycznego z pewnością przewiezie ich do szpitala, gdzie spotkają się z właścicielem wszechmogącej pieczątki, która zaspokoi ich wszystkie potrzeby? 


Jeszcze innym powodem uruchomienia wrodzonego mechanizmu kombinowania jest zwykłe lenistwo i niechęć stawienia czoła realiom współczesnej służby zdrowia. Część z pacjentów na samą myśl, że mają udać się do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej dostaje wysokiej gorączki. Nie dziwię się, wysiadywanie godzinami pod gabinetem i wsłuchiwanie się w przekomarzanki stałych bywalców tego miejsca na temat tego, kto ma gorszą chorobę, nie jest najprzyjemniejszą opcją spędzenia wolnego czasu. Dla większości osób w wieku produkcyjnym wizyta w przychodni nie jest okazją do spotkań towarzyskich! Na to jeszcze przyjdzie czas... Każdy z nas, jeszcze młodych osób, oczekuje kontaktu ze swoim lekarzem na zasadzie "przyjść-załatwić-wyjść". Bez zbędnego marnotrawienia czasu i czytania po raz dziesiąty plakatu pod tytułem "samobadanie piersi" w poczekalni. Tym samym warto zauważyć, że niekiedy sama organizacja pracy w naszej rejonowej przychodni może zniechęcać do wizyty w niej. 


Mi się należy!! Przecież płacę na Was!! Wy nędzne, niewdzięczne darmozjady!!


Zapewne każdy, kto chociaż raz próbował zmienić świadomość osób bezzasadnie wzywających pogotowie ratunkowe spotkał się z podobnymi do powyższej wypowiedziami. Znaczna większość naszego społeczeństwo, mimo iż funkcjonuje w epoce kapitalizmu nadal żyje swą samoświadomością w głębokim socjalizmie. Nadal gro osób wychodzi z założenia, że skoro z ich poborów odprowadzana jest co miesiąc składka na ubezpieczenie zdrowotne, to w ten sposób kupują sobie wszelaką pomoc medyczną na każdą okazję. Niestety! Tak nie jest... Płacisz Polaku nie po to, aby zespół ratownictwa medycznego udzielał Ci pomocy w przypadku złamania paliczka środkowego palca piątego ręki prawej, a po to, aby ów zespół udzielił ci pomocy, gdy doznasz wypadku komunikacyjnego, udaru lub zawału! Opłacasz Polaku publiczną służbę zdrowia, nie po to abyśmy wieźli Cię do szpitalnego oddziału ratunkowego z katarem, lecz po to abyśmy byli gotowi gdy Twoje życie będzie zagrożone! Przy czym ów zagrożenie życia definiujemy jako niebezpieczeństwo jego gwałtownego zakończenia a nie bóle miesiączkowe, czy cieknącą wydzielinę z nozdrza lewego. 


Do niedawna byłem przekonany, że podejście "Przecież na was płacę" jest wyłączą domeną osób prywatnych. Wszak w swojej blisko dziesięcioletniej karierze zawodowej nie usłyszałem takowych słów z ust przedstawicieli organizacji społecznych, mediów czy instytucji publicznych. Wszystko jednak zmieniło się w tym miesiącu! Nie dalej jak kilka dni temu na facebookowym fanpejdżu lokalnego dwutygodnika "Nowiny Kłobuckie" odnalazłem ten sam poziom argumentowania. I tak w wypowiedziach pana Andrzeja Zalskiego – redaktora naczelnego wspomnianego dwutygodnika – odnajdujemy stwierdzenia, że ratownik medyczny cyt."pracuje za nasze pieniądze". Ponadto w oświadczeniu pana Zalskiego czytamy cyt.: "Co to dla nas za różnica, jesteście jak sami twierdzicie powołani do ratowania życia lub zdrowia nas ludzi. Jak trzeba to przyjeżdżać będziecie kilka razy dziennie".  Przypomnijmy zatem... Zgodnie z art. 1 ustawy z dnia 8 września 2006 roku o Państwowym Ratownictwie Medycznym (Dz.U. nr 191, poz. 1410, ze zm.):


W celu realizacji zadań państwa polegających na zapewnieniu pomocy każdej osobie znajdującej się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego tworzy się system Państwowe Ratownictwo Medyczne, zwany dalej "systemem"


Tym samym polskie pogotowie ratunkowe udzieli pomocy każdemu... Obywatelowi Polski, czy obcokrajowcy, chudemu czy grubemu, bogatemu czy biednemu, niezależnie od wyznawanej religii, niezależnie od poziomu wykształcenia i kultury (nawet panu "redaktorowi" Zalskiemu)… Jest tylko jeden warunek – osoba ta musi znajdować się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego. Wówczas ffaktycznie możemy przyjeżdżać nawet kilka razy dziennie.          


Nie miejmy pretensji do ludzi starszych!


Duża część pacjentów leczących się w systemie Państwowego Ratownictwa Medycznego to osoby starsze. Nie miejmy do nich pretensji albowiem najczęściej są to osoby zagubione we współczesnym systemie ochrony zdrowia. Nie oczekujmy, że 70-latek lub 90-letnia kobieta będą wiedzieli, że wybierając trzy dziewiątki łączą się z Państwowym Ratownictwem Medycznym. Większość swojego życia przeżyli oni w warunkach służby zdrowia, w której pod przychodnią rejonową stała karetka lecznictwa otwartego. Pamiętają oni całkiem niedawne czasy, gdy w białym samochodzie z "kogutami" na dachu jeździł lekarz, który wystawiał recepty jeśli zaszła takowa potrzeba. Jeśli osoby te przeżyły trzy czwarte swego życia w takich warunkach, to nie oczekujmy tego że pod koniec swoich dni będą rozróżniać lekarza rodzinnego od lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, przychodnie podstawowej opieki zdrowotnej od ambulatoryjnej opieki specjalistycznej czy zespół ratownictwa medycznego od zespołu transportowego.


Wydaje mi się, że aby wprowadzić pewne zmiany w przestrzeni publicznej konieczna jest właściwa akcja informacyjna. Czy ktokolwiek z naszych starszych kolegów, naszych rodziców, czy dziadków pamięta jakąkolwiek akcję informacyjną, gdy w karetkach lekarzy zastępowano ratownikami medycznymi? Czy ktokolwiek pamięta jakiś spot telewizyjny, który tłumaczyłby kompetencje ratownika medycznego? Nie, bo takich działań nie podejmowano! Ta sama sytuacja miała miejsce w chwili, gdy tworzono POZ'y, AOS'y oraz SOR'y. Nikt... Żadna organizacja społeczna... Żadna instytucja państwowa nie podjęły się masowej akcji informacyjnej na temat tego jak poruszać się po systemie ochrony zdrowia. Niemniej jednak sprawa nie jest przegrana. Podobne akcje informacyjne można inicjować jeszcze dziś - lepiej późno niż wcale. Dlatego też ważna jest nasza, ratownicza aktywność społeczna, która uświadomi osobom niezwiązanym z medycyną nasze kwalifikacje i kompetencje. 



Chora ochrona zdrowia, czyli o POZ


Jak wynika z przytoczonych na wstępie badań aż 34% pracowników zespołów ratownictwa medycznego spotyka się z odmowami realizacji wizyty domowej kilkukrotnie w ciągu jednego dyżuru. Aż 11,9% osób spotyka się z tym problemem nie częściej niż raz w ciągu dyżury a 22,8% respondentów kilkukrotnie w ciągu tygodnia. Tym samym problem generowania nieuzasadnionych interwencji zespołów ratownictwa medycznego przez źle funkcjonującą podstawową opiekę zdrowotną można uznać za istotny społecznie. 


Zespoły ratownictwa medycznego wzywane są zwykle wówczas, gdy lekarz podstawowej opieki zdrowotnej odmawia realizacji wizyty domowej. Pytanie czy lekarz ma obowiązek udzielać w ten sposób pomocy. Otóż jak wynika z par. 13, ust. 1, pkt. 1 zarządzenia Prezesa NFZ nr 72/2009/DSOZ z dnia 31.09.2011 (ze zmianami późniejszymi) świadczeniodawca zobowiązany jest do udzielania świadczeń zdrowotnych również poprzez porady udzielane w domu świadczeniobiorcy, przy czym czas ich udzielenia reguluje harmonogram pracy przychodni. Tym samym lekarz podstawowej opieki zdrowotnej ma obowiązek realizacji wizyt domowych. Powstaje pytanie, czy przychodnia może odmówić takowego świadczenia. Warto przy tym zwrócić uwagę na par. 9, pkt. 7 wspomnianego zarządzenia Prezesa NFZ, który stanowi, że świadczeniodawca zobowiązuje się udzielać świadczeń w przypadkach uzasadnionych względami medycznymi, w szczególności w sytuacjach nagłego pogorszenia stanu zdrowia. Problem w tym, że współczesne prawo nie definiuje "nagłego pogorszenia stanu zdrowia". Ustawa o Państwowym Ratownictwie Medycznym wspomina wyłącznie o stanie "nagłego zagrożenia zdrowotnego". Oczywiście z punktu widzenia teoretycznego jak i praktycznego wiadomym jest, że przychodnia może odmówić realizacji wizyty domowej. Trudno przecież oczekiwać interwencji lekarza rodzinnego w sytuacji nagłego zatrzymania krążenia, czy udaru. Wówczas realizacja wizyty domowej "zgodnie z harmonogramem pracy przychodzi" mogłaby nieść ze sobą zgubne dla pacjenta skutki. Dlatego też logiczną wydaje się odmowa realizacji świadczenia zdrowotnego w domu pacjenta, jeśli występuje u niego stan nagłego zagrożenia zdrowotnego. Jak wiemy z codziennej praktyki, stwierdzenie to nie rozwiązuje sytuacji albowiem definicja nagłego zagrożenia zdrowotnego jest niezmiernie szeroka. Każdy lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, w sytuacji braku chęci przybycia do chorego może uznać jego stan za "nagły". Wszak bóle głowy mogą okazać się SAH'em, gorączka rozwijającą się spepsą a bóle brzucha niedrożnością jelit. Niestety lekarze podstawowej opieki zdrowotnej nieustannie nadużywają tego schematu myślowego. Pytanie dlaczego... 


Musimy zdać sobie sprawę, że realizacja wizyty domowej dla przychodni jest nieekonomiczna. Wszak przybycie do chorego wiąże się z opuszczeniem przychodni, dojazdem do pacjenta, poświęceniem mu czasu a następnie powrotem do placówki. W czasie, gdy lekarz zajmuje się jednym pacjentem w miejscu jego zamieszczania, pozostając w przychodni zrealizowałby 4-5 porad. To czysta ekonomia czasu! Dorzućmy do tego same koszty transportu a uzyskamy odpowiedź dlaczego świadczenia zdrowotne udzielane w miejscu zamieszkania świadczeniobiorcy realizowane są niechętnie. Łatwiej przecież telefonicznie zgłaszane przez chorego dolegliwości zinterpretować jako stan nagłego zagrożenia zdrowotnego i polecić wezwanie zespołu ratownictwa medycznego, nawet kosztem ośmieszenia się. 


Nie ma mnie... Nie biorę roboty... Zarobiony jestem!


Kolejny problem to ilość zatrudnionych w przychodni podstawowej opieki zdrowotnej lekarzy. Nie dalej niż wczoraj mój zespół został zadysponowany do bólów brzucha, które okazały się zapchanym cewnikiem u osoby po udarze mózgu. Jak się okazało podczas zbierania wywiadu rodzina kilkukrotnie próbowała wezwać lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, który zdaniem córki odmówił przybycia tłumacząc się tym, że jest jeden w przychodni i ma pełną poczekalnie pacjentów. Z rozmów z kolegami "po fachu" wynika, że podobne przypadki nie są odosobnione. Ten sposób tłumaczenia jest chwytliwy, obrazuje nawał pracy lekarza POZ, niemniej jednak ma się nijak do zarządzenia prezesa NFZ nr 72/2009/DSOZ, które stanowi jednoznacznie, że świadczeniodawca zobowiązany jest do udzielenia świadczeń również w domu świadczeniobiorcy w godzinach 08:00-18:00. Sposób organizacji pracy przychodni zależy od świadczeniodawcy, który jest zobowiązany zapewnić realizację porad i zabiegów we wspomnianych godzinach. Nikogo to nie interesuje ilu lekarzy świadczeniodawca zatrudnia i czy poczekalnia jest pełna pacjentów, czy może świeci pustkami. Jeśli jesteśmy już przy godzinach funkcjonowania przychodni, warto zwrócić uwagę na kolejną częstą sytuację zgłaszaną przez pacjentów w trakcie interwencji zespołów ratownictwa medycznego. Brak lekarza w przychodni POZ w godzinach jej funkcjonowania jest częstym zjawiskiem zwłaszcza w rejonach wiejskich, gdzie jedyną przychodnią jest filia większego świadczeniodawcy mieszczącego się w pobliskim miasteczku. Jak się okazuje wspominane już rozporządzenie Narodowego Funduszu Zdrowia dopuszcza możliwość udzielania świadczeń w czasie krótszym niż w godzinach 08:00 - 18:00, ale jedynie wówczas, gdy pacjent ma możliwość skorzystania z usług świadczeniodawcy w innym miejscu. Tym samym jeśli filia przychodni w niewielkiej wiosce nie ma możliwości realizacji wizyty domowej z uwagi na brak obsady lekarskiej w danych godzinach, przychodnia zobowiązana jest zapewnić świadczenie poprzez inną filię lub centralę tej przychodni znajdującą się np. w pobliskim miasteczku. 


Jest w tym trochę naszej winy... 


Ponoć zawsze wina leży po obu stronach: żony i teściowej... Podobnie do tego pejoratywnego powiedzenia w kwestii nieuzasadnionych wezwań, zauważamy wyłącznie winę samych osób wszywających oraz często lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Nigdy nie zauważamy własnej roli w całym problemie. I choć może to stwierdzenie wywoła oburzenie kolegów po fachu, to niestety my również przykładamy swoje ręce do poruszanego tu problemu. 


Po pierwsze trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i uderzyć się niejednokrotnie w pierś: często nie badamy pacjentów... Widząc powód wezwania pod tytułem "osłabiony od 4 dni", po kilku słowach rzuconych pod nosem wobec przyjmującego wezwanie dyspozytora, po dojeździe na miejsce nierzadko nasze postępowanie sprowadza się do krótkiej rozmowy oraz przewiezienia pacjenta do szpitala. Niestety, ale często poprzez własną ignorancję sprowadzamy się do poziomu medycznej taksówki. W mediach próżno szukać doniesień o niepodjęciu resuscytacji krążeniowo-oddechowej u osób w nagłym zatrzymaniu krążenia, braku zatamowania krwotoku u osoby poszkodowanej w wypadku komunikacyjnym, czy braku zastosowania deski ortopedycznej. Najczęściej powodem roszczeń są pozornie błahe przypadki, w których pod wezwaniem "osłabiony od 4 dni" kryła się kwasica mleczanowa w przebiegu hiperglikemii, tętniak rozwarstwiający aorty brzusznej, czy zatorowość płucna. 


Po drugie, musimy zastanowić się, czy przypadkiem lekarze dyżurni SOR nie mają choć krzty racji w tym, że wieziemy do szpitala wszystkich i wszystko. Zapewne Czytelniku jesteś skonsternowany tym stwierdzeniem, niemniej jednak spójrzmy prawdzie w oczy... Czy kobieta, do której dla głupiego żartu wezwano pogotowie ratunkowe powinna trafić do SOR? A jednak wielokrotnie trafia, gdy na pytanie "czy chce pani jechać do szpitala" odpowie: "a w zasadzie mogę jechać się przebadać". Czy pacjentka, która wzywa pogotowie ratunkowe tylko i wyłącznie dlatego, że ma skierowanie na planowy zabieg stumektomii, powinna trafić do SOR? A jednak trafia jeśli tylko tego chce! Zatem niestety, prawda jest taka, że wielokrotnie wozimy wszystkich i wszystko do szpitala niezależnie od tego, czy występuje stan nagłego zagrożenia zdrowotnego, czy też nie. 


Najczęstszą ripostą, na postawiony przez lekarza SOR powyższy zarzut zniżania się do roli taksówki medycznej odpowiadamy pod nosem "jak taki mądry, to niech odpisze". Tym czasem to samo można rzucić pod nosem do nas samych... Ile razy dostajemy niemal furii widząc błahy powód wezwania w karcie zlecenia wyjazdu? Ile razy obrzucając dyspozytorów błotem zastanawiamy się, jak taką głupotę można było w ogóle przyjąć? Ratowniczko/ratowniku, skoro poziom Twego zdenerwowania osiąga zenit, gdy dyspozytor "łyknął" kolejną głupią wizytę niczym pelikan rybę, to czemu zlecenie kończysz w szpitalu? No przecież to taka pierdoła była, do której Ty nie wysłałbyś karetki, a jednak zawiozłeś do szpitala... Skoro jesteś taki mądry w kwestii nieprzyjmowania "głupot", to zostaw tego pacjenta w domu. 



Czy jest przepis na sukces?


Nie chcę wychodzić na kolejnego "mądrego", który przedstawi wspaniała receptę na uzdrowienie systemu ochrony zdrowia. Wszak system jest w stanie paliatywnym i nie da się go uzdrowić. Trzeba stworzyć nowy system, który zminimalizuje ilość wezwań bezzasadnych. 


1. Właściwy marketing to podstawa!!


Każdy z nas odwiedza tak zwane sklepy wielkopowierzchniowe... Każdy z nas oglądając ulubiony film staje się mimowolnym odbiorcom telewizyjnych reklam... Marketing jest wszechobecny i nie da się przed nim ukryć! Dlaczego jednak nie wykorzystujemy go do promocji ratownictwa medycznego? Zapewne każdy z Was drodzy Czytelnicy zna z telewizji spoty reklamowe szczytnych akcji społecznych jak "Piłeś? Nie jedź! Włącz myślenie!", czy "Niepełnosprawni, sprawni w pracy". Czy widzieliście kiedykolwiek podobny spot dotyczący pogotowia ratunkowego? Nie? Może wreszcie warto go zrobić?! Jeśli sami się za to nie weźmiemy, to nie liczmy na żadną instytucję, czy organizację (włączając w to organizacje zawodowe). 


Inna kwestia, musimy się wyróżniać wizualnie. Błędne jest przekonanie, że noszenie jaskrawo pomarańczowych ubrań pozwala zidentyfikować Państwowe Ratownictwo Medyczne. Niejednokrotnie odróżnienie karetki systemowej od ambulansu transportowego prywatnej firmy jest niemożliwe. Wszak są to te same białe karetki z krzyżem paramedycznym i napisem "ratownictwo medyczne". Narzućmy obowiązek malowania ambulansów transportowych na żółto! Zadziałamy wówczas na społeczeństwo podprogowo... Po pewnym czasie ludzie sami będą odróżniać karetkę Państwowego Ratownictwa Medycznego od ambulansu transportowego firmy XYZ. Jestem przekonany, że zabieg ten będzie korzystny zarówno dla dysponentów jak i właścicieli prywatnych firm przewozowych. 


2. Dysponencie obudź się! Zacznij reagować na przypadki wykorzystywania systemu!


Obserwując funkcjonowanie systemu z okien karetki wydaje mi się, że wśród większości dysponentów Państwowego Ratownictwa Medycznego dominuje tak zwana "cichologia". Wszystkie przypadki nieuzasadnionych wizyt są tolerowane, a jedynym wyznacznikiem jakości funkcjonowania całego pogotowia jest brak wpływających skarg. I tak w obawie przed skargą po cichu wykonamy przewóz z POZ, po chichu przewieziemy pacjenta ze szpitala A do szpitala B, a wizyty pod tytułem "swędzące stopy od 4 tygodni" zrealizujemy bez żadnego gadania, aby tylko pacjent nie złożył żadnej skargi. No cóż... Można i w ten sposób... Jednak cała ta "cichologia" jest w rzeczywistości batem plecionym na własne plecy albowiem za chwilę, gdy wspomagamy współpracujący z nami POZ lub gdy zespół drapie pacjenta po swędzących od miesiąca stopach, może wydarzyć się wypadek komunikacyjny, wystąpić nagłe zatrzymanie krążenia w miejscu publicznym i wówczas nie unikniemy uzasadnionej tym razem skargi, jeśli zabraknie karetki do tego zdarzenia. Masz zatem Dysponencie do wyboru albo skargę ponieważ karetka nie pojechała tam, gdzie nie powinna jechać, albo uzasadnioną skarga za to, że zabrakło dyspozytorowi karetki do stanu, gdzie konieczna była pilna pomoc. Który przypadek wybierzesz?  


Niekiedy zdarza się, że w dyskusji o nieuzasadnionych wezwaniach pada argument o braku narzędzi do walki z nimi. Nic bardziej mylnego! Narzędzia są, tylko trzeba chcieć je wykorzystywać. Jednen z dysponentów udowodnił, że możliwe jest karanie osób fałszywie wzywających zespół ratownictwa medycznego z wykorzystaniem art. 66 Kodeksu Wykroczeń, który stanowi:


Art. 66. § 1. Kto ze złośliwości lub swawoli, chcąc wywołać niepotrzebną czynność fałszywym alarmem, informacją lub innym sposobem, wprowadza w błąd instytucję użyteczności publicznej albo inny organ ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny do 1 500 złotych.   § 2. Jeżeli wykroczenie spowodowało niepotrzebną czynność, można orzec nawiązkę do wysokości 1 000 złotych.


Skoro jeden dysponent stosuje słuszną metodę karania żartownisiów, to czemu nie robią tego inni?                                                       


3. POZ też trzeba zmienić!


Muszę przyznać rację lekarzom podstawowej opieki zdrowotnej w kwestii konieczności zmiany sposobu finansowania POZ. Faktycznie, obecną stawkę kapitacyjną należy zmienić... Ale nie podnosząc ją a likwidując! Pieniądze nie powinny wpływać do POZ "z góry" na pacjenta bez względu na to, czy zgłosi się on po poradę, czy nie. Powinny one "iść za pacjentem". Wystarczy wyposażyć świadczeniobiorców w karty podobne do znanych nam kart kredytowych. Pacjent zgłaszając się do POZ po udzieleniu mu świadczenia podaje kartę pielęgniarce, która wprowadzając ją do terminala i  ściąga środki z konta pacjenta. Prosta zmiana i osiągnęliśmy finansowanie realnie wykonanych usług! Tylko czy przedstawiciele POZ zgodzą się na to?


Drugi sposób ulepszenia systemu to możliwość zadysponowania wizyty domowej lekarza podstawowej opieki zdrowotnej przez Centrum Powiadamiania Ratunkowego. W chwili obecnej, jeśli zgłaszany przez pacjenta powód nie stanowi stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego, dyspozytor odmawia realizacji wizyty i wskazuje konieczność zgłoszenia się do POZ. Doprowadza to wyłącznie do negatywnego nastawienia pacjentów wobec całego systemu ratownictwa medycznego. Stwórzmy dyspozytorowi możliwość zadysponowania na wizytę domową lekarza rodzinnego. W ten sposób załatwimy problem pacjenta kompleksowo. Przecież słowa "proszę pana, pański stan nie stanowi nagłego zagrożenia zdrowotnego, przekażę pana wizytę do pańskiej przychodni celem realizacji przez lekarza rodzinnego" brzmią znacznie inaczej niż dotychczasowe "proszę skontaktować się ze swoją przychodnią", gdzie pacjent jest pozostawiony de facto samemu sobie. Kolejnym argumentem za postulowaną możliwością przekazania wizyty z CPR bezpośrednio do POZ jest fakt, iż lekarz będzie zupełnie inaczej rozmawiał z dyspozytorem niż z samym pacjentem, a jeśli mimo to odmówi wizyty... Wyślijmy zespół ratownictwa medycznego ale jednocześnie wyślijmy również fakturę za usługę do danego POZ.


Kończąc wypada podkreślić, że system ochrony zdrowia w naszym kraju wymaga znacznych zmian. Chociaż wiemy, w jakim kierunku powinny one iść aby zmniejszyć ilość nieuzasadnionych wezwań, należy zastanowić się, czy zainteresowane zmianami w ochronie zdrowia środowiska pozwolą na ich wprowadzenie. Znów na jednej szali należy położyć interes społeczeństwa wraz z koniecznością zapewnienia pomocy w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, na drugiej zaś interes poszczególnych grup zawodowych.


Autor: Adam Stępka                              

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, by móc dodać komentarz.

Komentarze

Zobacz profil - tomgra
Kiedy zostawiłem "głupoty" w domu, to zostałem wezwany do przełożonego, który mnie ostrzegł, że mam wszystkich zabierać do szpitala, chyba że pacjent nie wyrazi zgody i podpisze oświadczenie. Wszystkich!!!




Zobacz profil - rzuf13
Wina leży po obu stronach. Co powiecie na to że człowiek (dyspozytor)nie telefonista z wykształceniem medycznym przyjmuję wezwanie np; ból w środku,ból krzyża.

Społeczność

Najnowsze zdjęcia

  • Protest
  • bosman
  • Pierwsza pomoc tonącym
  • Podstawowa Opieka Zdrowotna
  • Wzywając pogotowie, nie okłamuj dyspozytora
  • Nie czekaj, dzwoń!
  • Nie wzywaj pogotowia nadaremnie
  • Wzywaj z głową
  • Ratownik medyczny
  • Teraz już wiesz...
  • Miał zawał. Karetki nie było.
  • Zespół QRS i jego szerokość
  • STEMI może być...
  • Słupek
  • Zatrucia
  • Ratownik medyczny