Ratownictwo Medyczne i Pierwsza Pomoc - Ratunek24.pl

Czas na zmiany?

Minęło 11 lat od kiedy ustanowiono ratownictwo medyczne w obecnym kształcie (z późn. zm.). Była to na swój sposób rewolucja zarówno dla pogotowiarzy, innych medyków jak i dla pacjentów.

Czy czekają nas wielkie zmiany, które nas zszokują i odmienią naszą mentalność?



Dawno dawno temu...   


25 lipca 2001 roku powstaje ustawa o Państwowym Ratownictwie Medycznym. To taki zarodek, który potem się urodzi i będzie dorastać z czasem. Ustawa ta zebrała część informacji w jedno i utworzyła wspomniany już zarodek. Liderem tutaj był zawsze lekarz, rodzaje zespołów nie są tam zdefiniowane, bo miały być w rozporządzeniu, które się nie pojawiło. To dawne czasy R, W i O. Nikt nawet nie pomyślał, że kiedykolwiek powstanie karetka z sanitariuszem, który będzie badać, stawiać diagnozy i dawać leki czy wykonywać zabiegi! Wystarczy spytać naszych starszych kolegów, a na pewno przyznają mi rację.   


Co ciekawe ratownik medyczny powstał w 1992r., a zdobywał wówczas wiedzą w Medycznym Studium Zawodowym im. PCK w Poznaniu. 26 lat temu ktoś wymyślił taki twór. (Wtedy były jeszcze “stare” pieniądze, a ulicami jeździły zastawki, duże Fiaty i Łady). Jak widać zatem nasz zawód ma ponad ćwierć wieku. W 2000 roku w Śląskiej Akademii Medycznej powstaje kierunek, po którym można było zostać ratownikiem medycznym. Studia I stopnia. -ktoś kończył, którąś ze szkół w tamtych czasach? - Ciągle jednak ratownik medyczny był “wykształconym sanitariuszem” i jakoś specjalnie wagi nikt do tego nie przywiązywał. Nadal pogotowiarze działali na polecenie lekarza i nie wiem czy ktokolwiek w najgłębszych myślach zastanawiał się nad karetką bez doktora.   


2004 rok przyniósł projekt nowelizacji Ustawy o PRM, w którym jasno określono rolę ratownika medycznego, a także zakres jego kompetencji i uprawnień. Wtedy to nie były jeszcze medyczne czynności ratunkowe. Nie będę ich wszystkich wymieniał, ale można tam znaleźć takie poważne zabiegi jak defibrylacja manualna, intubacja dotchawicza z NZK, intubacja dotchawicza w NZK rurką dwuświatłową, odbarczenie odmy, cewnikowanie pęcherza czy zakładanie sondy żołądkowej.


Ratownicy medyczni mieli dostać również do dyspozycji leki, które mogli podawać samodzielnie: adrenalina, atropina, nitrogliceryna, morfina, naloxon, glukoza 20%, fenoterol, furosemid, relanium, aspiryna, płyn Ringera, PWE, 0,9%NaCl, tlen, a nawet węgiel leczniczy.   


Rewolucja polegała na tym, że po raz pierwszy pojawił się zawód inny niż lekarz lub ewentualnie wymierający felczer, który stawia jakieś rozpoznanie i wdraża jakieś leczenie. Spotkało się to z ogromnym oporem i krytyką środowisk lekarskich, pielęgniarskich, a i sami sanitariusze czy ratownicy medyczni pukali się w głowę. Było to coś tak nierealnego i odległego, że ten projekt pozostał jedynie projektem.   


W styczniu 2006 roku wydarzyła się tragedia, katastrofa hali na pograniczu Katowic i Chorzowa. Ta przykra sytuacja była bodźcem do ulokowania ratownika medycznego jako  w pełni prawnego zawodu medycznego ze swoim wykształceniem, wiedzą, umiejętnościami i odpowiedzialnością. Pod koniec roku powstaje Ustawa o PRM, a od 1.01.2007 roku zaczynają dyżurować podstawowe zespoły ratownictwa medycznego bez lekarza na pokładzie. To wtedy z ratowniczego zarodka, narodziło się ratownictwo medyczne!


Wczoraj 


Razem z końcem roku 2006 ustalono zakres medycznych czynności ratunkowych, które mogą być podejmowane przez ratownika medycznego. Różnił się on od projektowanego dwa lata wcześniej. Dodano ratownikom np możliwość kaniulacji żyły szyjnej, podawania leków drogą doobytniczą i doustną, także zastosowania maski i rurki krtaniowej. Pozwolono nam też odstąpić od MCR po uprzednim zbadaniu pacjenta. Co ciekawe cewnikowanie i zakładanie sondy zabrano z uprawnień i pozwolono na wykonywanie tych zabiegów jedynie pod nadzorem lekarza.   


Otrzymujemy do dyspozycji 25 leków. M.in. amiodaron, lidokaina, morfina, relanium, midanium po konsultacji z lekarzem, czy ketonal lub klemastyna. Interesujące jest, że nie ma tam captoprilu czy no-spy. 


Gdy te nasze niemowlęce ratownictwo medyczne podrosło to w 2009 roku dodano do uprawnień właśnie captopril, no-spę i clonazepam, a także usunięto drogi podania leków i dodano, że należy je podawać drogami opisywanymi w pozwoleniu na dopuszczeniu do obrotu danego leku.   


Tak oto dziecko zaczęło pomalutku dorastać, a my razem z nim. Tak samo jak i w przypadku dzieci, tutaj również było wiele wyzwań, trudności i potknięć, ale też mnóstwo sukcesów.


Dzisiaj...   


Pamiętacie jak nie tak dawno było wielkie poruszenie gdy dawali nam możliwość wykonania kardiowersji, stymulacji czy podania ebrantilu, betalocu czy pyralginy? Krzyczeliśmy wszyscy! Bardzo ciekawe były konsultacje społeczne do przeczytania na rządowych stronach internetowych. Pisali lekarze, pielęgniarki, ratownicy medycznie i gro innych ludzi.    Minęło trochę czasu i się okazują, że ci “wykształceni sanitariusze” dalej nikogo nie zabijają pomimo takich poważnych zabiegów czy leków. Okazuje się, że wcale nie tak często trzeba to robić i być może niektórzy z nas do dzisiaj nie mieli takiej potrzeby.


Z innej strony zauważyliśmy, że dodatkowe uprawnienia dały nam szersze horyzonty w pracy, co pozwala nam na większą swobodę działania, a także komfort pacjentowi czy większe szanse na jego wyzdrowienie czy nawet przeżycie. Prawdę mówiąc jest jak jest i zapomnieliśmy jakie emocje towarzyszyły tym małym rewolucjom, które nas spotykały.   


Dzisiaj już mamy za sobą jakiś dorobek, piszemy książki, artykuły, spotykamy się na kongresach, a niektórzy z nas wykładają na uczelniach, konferencjach czy szkolą lekarzy. Wsiądźmy w wehikuł czasu, cofnijmy się 15 lat do tyłu i powiedzcie jakiemukolwiek medykowi, że te ratowniki to doktora będą uczyć na szkoleniach. Myślę, że to porównywalne do tego jakby powiedzieć komukolwiek, że będziemy mieli komputer z kamerą nagrywającą w 4K oraz internetem w telefonie i będziemy prowadzić videorozmowy za grosze z każdego zakątka globu. Choć w takie science fiction by mogli uwierzyć.   


Dzisiaj pokazaliśmy, że jesteśmy pełnowartościowym ogniwem w procesie leczenia pacjenta i mamy ogromny wpływ na jego przeżycie czy wyzdrowienie. Zaczynamy być traktowani przez lekarzy jak partnerzy, a nie złośliwi, głupi zwoziciele wszystkiego co się da. Potrafią z nami podyskutować na np. temat EKG, a na słowie tu mam V3R i V4R, pokazują szacunek i rozumieją naszą wartość. Dzisiaj przywiezienie pacjenta z podłączoną stymulacją czy zaintubowanego na respiratorze po NZK nie jest już takim szokiem jak jeszcze kilka lat temu. Dojrzewamy co raz szybciej i choć nam troszkę jeszcze brakuje do dorosłości to jednak z każdym dniem udowadniamy, że jesteśmy dobrzy w tym co robimy. Zwróćcie uwagę również na podejście pacjentów do ratowników medycznych. Pamiętam te czasy, gdy ludzie krzyczeli “gdzie doktor” czy “a co wy sanitariusze poradzicie?”. Teraz czy jako dyspozytor, czy jako ZRM co raz częściej słyszę, a wy te ratowniki to lepsze niż te lekarze. Zawsze pomożecie, a i mili jesteście. Naprawdę da się to słyszeć. Kosztuje nas to sporo pracy, ale dajemy radę. Nasz ostatni protest paradoksalnie ocieplił nasz wizerunek. Wywalczone podwyżki pomimo, że nie do końca takie jakich oczekiwaliśmy to część naszego sukcesu. Media o nas napisały, powiedziały i nas w końcu przedstawiły społeczeństwu. Ludzie pytali, dziwili się, że ratownik medyczny to taka poważna sprawa, że tyle może i ma taką odpowiedzialność. Sami doświadczyliście tego w trakcie pracy czy życia prywatnego. Można się pokusić nawet o stwierdzenie, że jest dobrze. Jest dobrze! Sporo jednak jeszcze przed nami, a może się i okazać, że czeka nas wysiłek jak nigdy! Nie spocznijmy na laurach!



Jutro!   


Często powtarzają, że trzeba patrzeć w przyszłość, mieć cele i do nich dążyć, a przeszłość zostawić jako historię. Zatem czego spodziewać się jutro?   


W październiku zeszłego roku na Kongresie Ratowników Medycznych w Krakowie dyrektor Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, Robert Gałązkowski opowiada o świeżych planach Ministerstwa Zdrowia dotyczących ratownictwa medycznego. Po rozmowach w kuluarach i reakcji można wywnioskować, że głosi jakieś “herezje”. Mówi hasła rewolucyjne. Wszystkie karetki bez lekarza, a kierownikem ZRM ratownik medyczny po licencjacie, z doświadczeniem zawodowym i po kursie, motory-karetki, a także kurs, który umożliwi pracę na oddziale. Komentarze różne, generalnie ludzie zadowoleni z motorów, a nawet nadmiernie podeskcytowani. Z likwidacji ZRM S ludzie raczej się nie cieszą - jedni przyjmują na chłodno, inni krzyczą, że zrobią z nas lekarza za pensję ratownika.   


Kongres się kończy, na podstacjach temat się pojawia jeszcze przez kilka dni i zamiera. Nagle pojawia się projekt Ustawy, który zawiera wszystkie te wcześniejsze rewolucyjne zmiany. Czytamy skrajne opinie w konsultacjach społecznych. Gro ludzi krytykuje i bombarduje pomysł. Jak ratownik medyczny ma stwierdzać zgon? Dawać "zwioty"? Intubować? Decydować bez doktora?! Przeciwni są i lekarze i pielęgniarki i sami ratownicy medyczni. Ze strony ratowników pada propozycja lekarza na zasadzie randez-vous. Czyli dowalmy betonom z eSek, niech jeżdżą tak jak my, a jak będzie trzeba to zawoła się doktora i zdejmie z nas odpowiedzialność.


Trochę czasu minęło, pomysł MZ pada i sprawa przymiera. Widzicie podobieństwo do 2004 roku?


Czego się spodziewać? Analizując odpowiedzi na różne zapytania do MZ-u, czy projekty Ustawy, a także medialne wypowiedzi przedstawicieli rządu, można wyciągnąć pewne wnioski. Pomoże też w tym obserwacja tego co się dzieje już teraz. Wydaje się, że teraz jest moment, w którym zaczynamy osiągać pełnoletność i staniemy się dorośli.


ZESPOŁY BEZLEKARSKIE   


W moim odczuciu likwidacja wszystkich zespołów S jest nieunikniona, a co za tym idzie wyprowadzenie lekarzy z ratownictwa przedszpitalnego. Jeśli rewolucja budziła tyle emocji, to wszystko zostanie wprowadzone pomału i na spokojnie. O tym piszą w pismach, o tym mówią w telewizji, a także już teraz to widzimy dookoła. Od kilku miesięcy zespoły S zamieniane są na P. Chociażby w Krakowie został jeden ZRM S. Na Śląsku ostatnio zamieniono 13 S na P, a we Wrocławiu połowę S zmieniono w P i podobno planują transformację kolejnych zespołów. Tłumaczone to jest brakiem lekarzy i nie sposób stwierdzić, że to jest prawda. Jako pelikany codziennie sporządzamy raporty, w których wymieniamy zespoły S bez lekarza na dyżurze. Zagłębiając się w rozmowy z ratownikami z innych podstacji okazuje się, że okulista, psychiatra czy młody lekarz po stażu (sic!) w ZRM S to nic nadzwyczajnego. Jak to ktoś mi kiedyś opowiedział “jeden dyrektor stwierdził: lepszy lekarz po stażu niż żaden”. Nie do końca się z tym stwierdzeniem zgadzam, ale jak się okazuje, to nie są sytuacje incydentalne. W innym mieście, w którym stacjonował jeden ZRM i był to właśnie specjalistyczny, notorycznie nie było lekarza. Dysponent napisał pismo do Urzędu Wojewódzkiego, że lekarza nie ma skąd wziąć, nie weźmie i go tam nie wsadzi, więc dołożył trzeciego ratownika medycznego i tyle. Jakie rozmowy się toczyły to nie mam pojęcia, ale po kilku tygodniach S zamienił się w P oficjalnie i tyle. Patrząc na rozstrzygnięcia konkursów dla lekarzy w pogotowiach okazuje się, że oferty składają pojedyncze osoby, które nie są w stanie zapełnić braków, a na pewno nie są to pożądani specjaliści. Najczęściej pogotowie to przejściowy etap dla lekarza, który w trakcie rezydentury chce dorobić i przy okazji zobaczyć jak się uprawia medycynę karetkową. Takie dodatkowe doświadczenie. Bardzo szybko oni znikają w otchłaniach szpitalnych i epizod w pogotowiu traktują jako przygodę. Czy problemem są pieniądze? Nie wydaje mi się. Zwróćcie uwagę, że w niektórych pogotowiach lekarz na kontrakcie może zarobić 100-150zł/h, a słyszałem też historie o 200zł (ta kwota to akurat zasłyszana, ale całkiem realna). W większych miastach ta stawka jest niższa, ale też łatwiej o obsadę lekarską. Kwoty nie wydają się złe, nawet dla lekarzy, a pamiętajmy proszę, że są miejsca w Polsce, gdzie Ski są mocno zabetonowane i nadal potrafią nie wyjechać nigdzie w ciągu dyżuru. Zatem nie jest to zła opcja, a nawet atrakcyjna pod tymi względami. Jednakże, gdy porozmawia się z lekarzami dlaczego nie chcą pracować w ZRM, to okazuje się, że ta praca dla nich jest mało ambitna. Nie czują się spełnieni. Na oddziale mają szerokie horyzonty, mogą pacjenta prowadzić i go wyleczyć. Medcyna karetkowa jest mało ambitna i za wiele się nie zrobi. Lekarze się tu marnują i wolą spełniać się w szpitalu.


Zatem parafrazując zdanie z pisma z MZ “miejscem lekarza będzie stanowisko konsultanta dla ratowników medycznych u dysponenta”. Rozejrzyjcie się, a nawet się nie obejrzycie jak jutro nie będzie eSek. Wprowadzający te zmiany będzie miał świetny argument, który dobrze będzie wyglądał przed społeczeństwem. “Źli lekarze nie chcą pracować w pogotowiu. Co raz więcej miast boryka się z brakiem obsady lekarskiej. Często lekarze nie przychodzą na dyżur, więc ratownicy i tak jeżdżą sami. Ostatnie zmiany części zespołów S w P nie wykazały jakiegokolwiek skutku ujemnego w przeżywalności pacjentów, a nawet poprawiły się czasy dojazdu do pacjenta. W związku z tym przygotowaliśmy świetnie wykształconych i doświadczonych ratowników medycznych do samodzielnej pracy i bez pomocy lekarskiej na miejscu. Do tego zawsze mogą się z nim skontaktować telefonicznie, przesłać zapis EKG i poradzić. Tak będzie światowo - w wielu krajach to właśnie ratownicy ratują ludzi i są to systemy działające bardzo dobrze”. Ładna informacja z TV?


SPECJALIZACJA   


Rewolucja, o której wspomniałem powyżej pociągnie za sobą inną. Jeśli wyciągną lekarza, to będą musieli dać ratownikowi więcej możliwości. Jestem przekonany, że niedługo poznamy zasady kursu specjalizacyjnego dla ratowników medycznych, który rozszerzy jego uprawnienia. Uważam, że naszym zadaniem jest dopilnować, aby ten kurs był z prawdziwego zdarzenia, choć obawiam się, że będzie to sztuka dla sztuki. Jeśli chcą mi dać do ręki etomidat, propofol i scolinę czy nocuron, levonor, czy pozwolić na wkładanie rurki do tchawicy żywym ludzom, a także pozwolić na pisanie przepustki do nieba w formie karty zgonu to litości! Przygotujcie mnie do tego! Przyjemnie by mi było gdyby taki kurs nie trwał tygodnia, ale żeby odbywało się to na oddziałach, pod nadzorem specjalistów, którzy mnie tego po prostu nauczą. Ilu z nas widziało jak działa etomidat czy scolina? Ci, którzy pracują na sorach widzieli, ale czy to wystarczy, aby czuć się swobodnie przy podawaniu tych leków bez możliwości wezwania wsparcia “starszego” tak jak to mają lekarze na oddziałach? Ci, którzy pracują jedynie w karetkach, to albo wcale nie widzieli działania tych leków, albo mieli okazję kilka razy zobaczyć jak to działa. Wyobrażam sobie to jako blok operacyjny, OIOM i mądrego nauczyciela, który mi daje wolną rękę, pozwala na samodzielność, ale ciągle kontroluje co robię i w razie głupiego pomysły od razu reaguje. To nie może jednak trwać tygodnia. To powinien być poważny kurs, długi, drogi, ale efektywny. Uważam, że powinniśmy jako środowisko o to zadbać i zawalczyć, bo to, że dostaniemy zaraz takie uprawnienia to pewne i nie damy rady się temu przeciwstawić. Może chociaż uda się wywalczyć dobrą jakość takiej specjalizacji.


Obawiam się jednak kosztów, bo ktoś za to będzie musiał zapłacić. Pomysł fajny, ale wykonanie może być beznadziejne. Być może dobrą ideą byłoby zrobienie tego na wzór Londynu? Załóżmy, że dany dysponent typuje z jakiejś określonej grupy ratowników (np. przynajmniej pięcioletnie doświadczenie w ZRM oraz wykształcenie wyższe kierunkowe) ileś osób, z którymi podpisuje porozumienie i finansuje im taki kurs. Załóżmy, że dany dysponent wyliczy sobie, że potrzebuje 100 kierowników ZRM i to w jego interesie jest ich wykształcić. Opłaca im taką specjalizację, ale w zamian za to otrzymuje zapewnienie, że dany ratownik medyczny będzie u niego pracować jakiś określony czas. Po ukończeniu takiej specjalizacji ratownik medyczny dostawałby plusa na pieczątce i mógłby pełnić funkcję kierownika ZRM. Taki dysponent potem by sobie mógł oczywiście dorobić ratowników z plusem, jakby miał wolny etat. Jest zapotrzebowanie to wysyłamy ratownika, żeby dodali mu plusa.


STOPNIOWANIE RATOWNIKÓW MEDYCZNYCH   


Zarówno pierwsza jak i druga rewolucja pociągnęłaby za sobą trzecią. Wypadałoby utworzyć wówczas stopniowanie ratowników medycznych, nomen omen bardzo oczekiwaną przez sporą grupę pogotowiarzy. Z drugiej strony mogłoby to przynieść sporo emocji i podział w grupie zawodowej (podziały są ciągle i wątpię w nasze zjednoczenie). Ustalenie jasnych reguł, kto może być kierownikiem ZMR, kto może zrobić specjalizację, a także zagwarantowanie innej grupy zaszregowania wynagrodzenia w siatce płac pozwoliłoby na utworzenie stopniowania ratowników medycznych. Nazywać można sobie jak kto chce, czy to asystent ratownictwa medycznego czy starszy ratownik medyczny, czy zaawansowany ratownik medyczny czy EMT, paramedic czy ratownik medyczny z plusem nie ma większego znaczenia. Problemem jest to, że my jako ratownicy medyczni mieliśmy dwie drogi dojścia do zawodu (szkoła policealna oraz szkoła wyższa), a także przyzwyczajenie, że to się niczym nie różni w przypadku ratowników medycznych stworzyło by niezadowolenie wśród naszego środowiska. Nie boję się, że ratownicy medycznie po szkołach policealnych będą narzekać na to, że mają mniej uprawnień, ale na mniejszą wypłatę już na pewno tak. Jestem przekonany, że hasła “to ja pracuję 20 lat,a gówniarz 5 i ma więcej ode mnie” byłyby na porządku dziennym. Zaczęłoby się zakładanie rąk na siebie lub wkładanie ich w kieszeń i czekanie, aż kierownik zdecyduje. “Wszak kierownik, więcej zarabia to niech decyduje pan doktor. Ja się słowem nie odezwę!” Jeśli do tego zabierze się możliwość ratownikom medycznym po szkole policealnej zdobycie wyższego stopnia wtejemniczenia to “hejt murowany”. I być może całkiem słuszny byłby ten hejt.


KIEROWNIK ZRM   


Daleko nie trzeba szukać, to o czym piszę powyżej pomału już następuje. Rozejrzyjmy się dookoła. Obecnie procedowana jest mała nowelizacja, w której mowa o tym, że kierownikiem podstawowego ZRM może zostać ratownik medyczny z pięcioletnim doświadczeniem w ZRM. Nawet nie w SOR! Jedynie w ZRM. Jak zatem nabyć takie doświadczenie? Jedynie będąc kierowcą? Czy rozmawialiście z kolegami na stacji o tym? Czy u Was też rzuca się w oczy wściekłość osób, które jeżdżą jako operator tabletu i brakuje im do pięciu lat roku czy dwóch? Należy się zastanowić czy taka zmiana ma sens. Gdy cofnę się pamięcią kilka lat do tyłu, jak byłem świeżakiem i miałem trzy lata doświadczenia na P to wówczas byłbym wściekły i rozgoryczony na taki pomysł. Muszę przyznać, że w tamtym okresie myślałem, że już wiem dużo i niewiele mnie zaskoczy. Dziś jednak uważam, że to bardzo dobry pomysł! Z każdym dyżurem nabieram więcej pokory i zaskakuje się coraz bardziej. Zauważam, że wiem jeszcze mniej niż wczoraj. Nauczyłem się, że medycyna karetkowa jest bardzo trudna, a pacjent płata figle. Z perspektywy czasu uważam, że obsadzenie świeżaka po szkole na stanowisku kierownika ZRM nie jest dobre dla nikogo.


ZGONY    


To też ma zaraz przejść i wejść w życie. Obecnie problem ze administracyjną czynnością w postaci stwierdzenia zgonu jest bardzo poważny. POZ umywają ręce, ratownictwo medyczne umywa ręce i nie ma nikogo, kto ma tej biednej rodzinie napisać ten dokument, na podstawie którego ciało ich bliskiego zostanie zabrane. Polecam zapoznanie się z rozporządzeniem, bo jak widać na tej stronie jest to ono wręcz antyczne. Zarówno w formie wizualnej jak i treści - gdzie np. w przypadku popełnienia przestępstwa należy powiadomić Milicję Obywatelską - http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/d...   


Wystarczy spojrzeć na ten dokument i nie trzeba nawet czytać, aby stwierdzić, że należy go zaktualizować. To jest nieuniknione i zaraz dostaniemy taką możliwość prawną. Już teraz wielu z nas nie podejmuje resuscytacji lub ją przerywa kiedy uznamy, że nie ma szans na powodzenie. To już teraz bierzemy na siebie sporą odpowiedzialność za to, że uznajemy kogoś za zmarłego. Mam nadzieję, że nikt nie wierzy w to, że jeśli zakończy RKO lub go nie podejmie i jak przyjdzie lekarz POZ czy NiŚOZ, który stwierdzi zgon to zrzuci całą odpowiedzialność na tego lekarza. Ten przyjdzie tylko wypisać dokument, bo tak jest prawo skonstruowane, ale to na nas spoczywa wówczas pełna odpowiedzialność za uznanie pacjenta za zmarłego i zaprzestanie działań medycznych. Także to już się dzieje, a uporządkowanie tego w prawie pozwoli na klarowność naszych działań i paradoksalnie da nam większy komfort pracy.


“UPAŃSTWOWIENIE”   


Jednym z naszych postulatów i oczekiwań było upaństwowienie ratownictwa medycznego. Jak się okazało różnie to sobie rozumieliśmy. Jedni widzieli to jako likwidację Falcka (bo to największy prywatny dysonent), inni widzieli tam coś na wzór straży pożarnej. Gdy zagraniczna firma wygrywała kolejne konkursy na świadczenie usług z zakresu ratownictwa medycznego, wielu naszych kolegów z długoletnim stażem dostawała wypowiedzenia u ówczesnych dysponentów. Nowa firma miała masę młodych, wykształconych i tanich ratowników, więc rzadko proponowali zatrudnienie dotychczasowym pracownikom. W pełni rozumiem rozgoryczenie kolegów i nikomu nie życzę, aby musiał się znaleźć w takiej sytuacji. Jednakże wywołało to poczucie, że prywaciarz jest zły i krzywdzi swoich ludzie. Wystarczy jednak porozmawiać z załogami takich firm i okazuje się, że sprzęt jest ok, kasa spływa na konto, a i atmosfera jest ok. Czyli nie taki diabeł zły jak go malują, a że kieruje się kapitalistycznym zyskiem to cóż. Twarde prawo rynku, którym niektórzy z nas oberwali.   


Inne głosy mówiły o utworzeniu wielkich wojewódzkich stacjach pogotowia, które by obsługiwały cały rejon i przejęło pod swoją jurysdykcję wszystkie ZRM. Czy to złe czy dobre, to trzeba by głęboko przeanalizować. To nawet temat na osobny wpis, a niekoniecznie akapit. Mam do tego pomysłu ambiwalentny stosunek, ponieważ z jednej strony pomysł taki może się okazać sukcesem. Przy obecnym finansowaniu dysponentów zespołów ratownictwa medycznego można powiedzieć, że taka działalność to kura znosząca niekoniecznie złote, ale srebrne jajka już tak. Zwłaszcza gdy poszczególna firma ma sporo ZRM. Czy masz 2 czy 20 zespołów to masz np. jedne koszty administracji lub ewentualnie odrobinę większe. Łatwiej też negocjować ceny ubezpieczeń, paliwa czy serwisów sprzętu oraz aut. Zatem z perspektywy stacji, gdzie jest mało karetek taki pomysł jest dobry i spodziewałbym się tam poprawy warunków pracy. Zwróćmy też uwagę, że ogólnie jest coraz lepiej w tym całym systemie, ale są jeszcze takie miejsca gdzie sprzęt jest wydzielany na sztuki i nie do użycia, a auta dawno powinny już spocząć. Takie wchłonięcie kilku dysponentów przez jednego wielkiego wymagałoby sporego zastrzyku pieniędzy na reorganizację tego wszystkiego i doprowadzenie do jednolitego poziomu. Pomimo dobrego finansowania to zaoszczędzenie środków na taką rewolucję mogło by trwać kilka dobrych lat.


Z drugiej zaś strony jak słucham o problemach centralnie zarządzanych policji i straży pożarnej to się cieszę, że mam jak mam.   


W każdym razie ten nasz postulat zostaje spełniony i ratownictwo medyczne ma zostać “upaństwowione” w postaci rezygnacji z Falcka i jakiś kilku drobnych przedsiębiorców na rzecz państwowych spółek. Czy o to nam chodziło? Pewnie nie do końca, ale państwowo będzie.



NOWE MIEJSCA PRACY I ZADANIA DLA RATOWNIKÓW MEDYCZNYCH


Wybiegając myślami w jeszcze dalszą przyszłość, należy się zastanowić gdzie nas może ponieść. Kilka lat temu gro z nas rozpoczynało studia pielęgniarskie po to, żeby pracować na oddziale. Nikt nie myślał o tym, że kiedyś nas tam wpuszczą. Środowisko pielęgniarskie bardzo się przed tym broniło, a i lekarskie też tego nie pochwalało. Cyk, pyk i nas wpuścili i pracujemy bez wykształcenia pielęgniarek. Gdzie zatem nas jeszcze mogą wsadzić?   


Rola ratownika medycznego na sorze też coraz bardziej przybiera na wartości. Coraz więcej placówek wprowadza system pracy, w którym ratownik medyczny zleca niektóre badania, interpretuje je i wdraża początkowe leczenie i dopiero wtedy przekazuje pacjenta lekarzowi. Coś na wzór systemu Manchester. Czy może przyjdzie taki czas kiedy ratownik medyczny będzie przyjmował pacjentów, badał, leczył i wypisywał ich z SOR? Daleko nie trzeba szukać i na chwilę obecną w Londynie można ukończyć jakiś kurs, który daje uprawnienia do pracy na sorze. Nie zajmują się tam jakimiś skomplikowanymi i ciężkimi przypadkami, ale szyją rany, zakładają gips, zlecają RTG i przepisują leki do domu. Dla nas trochę abstrakcyjnie to brzmi, ale również w tamtym mieście lekarz jak wyjeżdża do pacjenta to po to, aby zrobić torakotomię ratunkową na miejscu wypadku! Na trawniku! Nie do NZK, nie do zawału czu obrzęku płuc, ale po to, żeby zrobić na podwórku operację. Dziwne, prawda? Kilka osób mówi, że to prawda, więc pewnie jest to prawdziwe. Sam nie widziałem, ale wierzę im.  


Spójrzcie na ten artykuł: http://www.radio.kielce.pl/pl/post-...


W tamtejszej “Izbie wytrzeźwień” nie będzie pracować lekarz, a ratownik medyczny. Coś nie do pomyślenia pewnie jeszcze rok temu teraz jest realne. To ratownik będzie podejmował decyzję czy dany człowiek może tu przebywać czy nie. Ktoś kiedyś by się popukał w głowę, a dzisiaj to po prostu jest.


Czy zatem przyjdzie taki czas kiedy ratownik medyczny będzie przyjmować w POZ? Albo w NiŚOZ? Wydaje się całkiem realne. Już dzisiaj pielęgniarki mogą przepisywać recepty. Patrząc na wyjazdy ZRM to czy nie poradzilibyśmy sobie w części przypadków w POZ? Czy tak ciężko ratownikowi byłoby zbadać pacjenta i podjąć jakieś dalsze czynności? A może byłby pierwszym medykiem, który by selekcjonował pacjentów do lekarza? Brzmi trochę utopijnie, ale nie zaskoczę się kiedy staniemy się takimi “felczerami”, którzy będą mieli połatać jakieś dziury. Z brakiem obsady lekarskiej boryka się również Wielka Brytania, więc też wpadli na podobny pomysł. Nie wiem jednak jak on się skończył, ale miały być jakieś krótkie studia dla “paralekarzy”, którzy mieli być panaceum na problemy kadrowe.


CZY JESTEŚMY GOTOWI NA JUTRO?   


I to chyba jest pytanie, na które najtrudniej odpowiedzieć. Z jednej strony wydaje mi się, że jesteśmy w stanie podjąć wyzwanie i stanąć na wysokości zadania, ale z drugiej moje doświadczenia ze współpracy z ratownikami medycznymi budzą wiele wątpliwości. Mamy bardzo zróżnicowane środowisko pod względem wiedzy, umiejętności i podejścia do całego ratownictwa. Część z nas do dzisiaj uważa, że ratownik medyczny ma znać cztery rytmy i to mu wystarczy, a część z nas doszukuje się dodatkowych dróg przewodzenia czy różnicuje częstoskurcz AVNRT z AVRT czy AFI. Niektórzy z nas do dzisiaj mówią, że ratownikom nie wolno podawać no-spy, bo jej nie ma w wykazie, a inni leją dopaminę, bo twierdzą, że tak trzeba. Do dzisiaj podanie dziecku morfiny czy relanium potrafi sparaliżować niektórych ratowników medycznych i w najlepszym przypadku dadzą czopek z paracetamolu potrąconemu dziecku ze złamaną nogą. Jedni z nas do duszności i SpO2 80% wołają szybko S, bo niewydolność oddechowa, a inni wiozą pacjenta po ROSC na SOR (lub z pomocą masażera w trakcie NZK). Powyższe przykłady są z życia wzięte i opierają się głównie na analizie KMCR.   


Nie trzeba daleko szukać, ale jak zwrócicie uwagę na kolegów, którym zabrano z zespołu lekarza (transformacja S w P) to bardzo często następuje popłoch i za wszelką cenę szukają sposobu na przejście na inny zespół S. To trend w całym kraju, wystarczy porozmawiać z kolegami. Teraz jako dyspozytor mam możliwość rozmowy z wieloma ZRM. Patrzę na skład zespołów P na jednej stacji. W jednej karetce są dwie osoby, a w innej trzy. Dopytuje zatem o co chodzi, a odpowiedź jest zawsze ta sama: bo oni na eSce jeździli i musi z nimi ktoś jeździć trzeci, bo nie potrafią decydować. A wiecie, że niektóre Ski są czteroosobowe w dzisiejszych czasach? Taka ciekawostka. Innym dobrym przykładem jest zwrócenie uwagi na to, że jeśli w danej S nie ma akurat na dyżurze lekarza to często zdarza się, że dany zespół, gdy otrzyma wyjazd inny niż uraz nadgarstka czy kostki (duszność, zasłabnięcie, ból w klatce, nadciśnienie, ból brzucha) dzwoni i pyta: ale wiesz, że my dzisiaj nie mamy lekarza w składzie, prawda? Czemu nas tam wysyłasz? - nigdy nie wiem czy ktoś mnie sprawdza czy o co chodzi.   


Oczywiście wraz ze zmianą zakresu obowiązków muszą pójść większe zarobki - bez wątpienia. To też jedno z naszych zadań, aby to wymóc. Pytanie, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi to: ile? Jesteśmy tak niesamowicie zróżnicowani płacowo w kraju, że ciężko ustalić odpowiednią kwotę. Załóżmy, że ktoś wraz z nowymi uprawnieniami wprowadzi minimalną stawkę 30zł/h (bez względu na formę zatrudnienia). Jedni uznają to jako przeskok płacowy, a innym to pomniejszy wynagrodzenie. Dzisiaj zarabiamy od 15zł do 40zł na kontrakcie. Od 1430 do 4000 netto na etacie. Może dobrym rozwiązaniem byłby dodatek dla kierownika ZRM? Bodajże np w Opolu, ratownicy pełniący obowiązki kierownika ZRM mają dodatek 50zł do dyżuru. Poprawcie mnie jeśli to nie jest prawda. Wydaje się niedużo, ale jeśli przeliczymy to na ilość dyżurów na etacie (średnio 13) to wychodzi ok. 650zł wynagrodzenia więcej. Teraz brzmi już trochę lepiej.   


Trudno nie zauważyć, że nasze pensje ostatnio wzrastają. Mamy swoje 400+, a od jutra 800+. Nie można powiedzieć, że tego nie ma, nie da się tego nie widzieć. Nie krzyczcie od razu, że to brutto brutto, a i nie wszystkim wypłacili. Macie w zupełności rację, zdaję sobie sprawę z problemów, które wystąpiły w związku z tym dodatkiem. Wiem, że to nie 400, a 230zł netto,  a i wiem, że część z nas nie dostała  tych pieniędzy wcale, bo ich pracodawcy zakrywają się brakiem przepisów. Wiem też, że niektórzy te pieniądze wykorzystali do zapewnienia minimalnego wynagrodzenia pracowników medycznych. Z jednej strony to nieczyste gry pracodawców, a z drugiej bierność rządu, która na to pozwala. Nie można jednak ukryć tego, że gro ratowników dostało jednak uczciwie pieniądze i przychodzą one na nasze konta. Nie da się zatem powiedzieć, że wynagrodzenie nie rośnie. Mamy w “zapasie” kolejne 800zł brutto. Sprawa została zawieszona do lipca. Jest to jednak argument do wyciągnięcia przez rząd wraz ze zmianami, o których piszę wyżej. “Ok, damy wam kolejne 400zł, ale będziecie stwierdzać zgony. Ok, damy wam kolejne 400zł, ale będziecie działać bez lekarzy i dodamy wam parę uprawnień. I damy jeszcze w bonusie 200zł. Do tego będziecie mieli więcej karetek, ok? Pasuje?” Czy wtedy uznamy, że razem z nowymi uprawnieniami zwiększyła się kasa?


Prawda jest też taka, że nawet jeśli zabiorą lekarzy, dadzą większe uprawnienia, a nie dodadzą ani złotówki to i tak będziemy pracować po 200-300h w miesiącu.   


Dlatego w naszym interesie jest, aby prowadzić porządne, przemyślane negocjacje, które będą pozbawione emocji. Ktoś kiedyś bardzo ładnie wspomniał w komentarzu - parafrazując: “I po co się szarpać? Poczekać, aż zabraknie lekarzy, poczekać na propozycje nowych uprawnień i zapytać “za ile?”” Pewnych zmian nie unikniemy, ale zróbmy jednak wszystko, abyśmy mieli wpływ na te zmiany i żeby były one dla wszystkich dobre i wykorzystajmy okazję na dobre negocjacje. Tego w nowym roku życzę Wam i sobie.


Autor: Administrator funpage FB "Medycyna Karetkowa - czyli moim zdaniem o systemie"


 


 

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, by móc dodać komentarz.

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Społeczność

Najnowsze zdjęcia

  • Calgary Tow Truck Service
  • Pierwsza pomoc tonącym
  • Podstawowa Opieka Zdrowotna
  • Wzywając pogotowie, nie okłamuj dyspozytora
  • Nie czekaj, dzwoń!
  • Nie wzywaj pogotowia nadaremnie
  • Wzywaj z głową
  • Ratownik medyczny
  • Teraz już wiesz...
  • Miał zawał. Karetki nie było.
  • Zespół QRS i jego szerokość
  • STEMI może być...
  • Słupek
  • Zatrucia
  • Ratownik medyczny
  • Zarobki ratownika medycznego