Ratownictwo Medyczne i Pierwsza Pomoc - Ratunek24.pl

Doskonalenie zawodowe - QUO VADIS?

Jeśli to tak ma wyglądać, to bardzo przepraszam. Ale pocałujcie mnie w nos i dajcie mi spokój. Nie oczekujcie ode mnie uczestnictwa w takich przedsięwzięciach. Szkoda naszego czasu.

 


 


“Ratownik medyczny ma prawo i obowiązek stałego aktualizowania wiedzy i umiejętności przez uczestnictwo w różnych rodzajach i formach doskonalenia zawodowego”


To artykuł 12. z Ustawy o PRM. Pewnie nam wszystkim znany ;) Wydaje mi się, że nie powinniśmy mieć wątpliwości co do słuszności tego zapisu. Zawód ratownika medycznego jest bardzo odpowiedzialną funkcją. Nie tylko prawnie, ale również i moralnie. Ludzie oczekują od nas profesjonalizmu, ufają nam licząc na to, że wiemy co robimy.


Do tego nasze uprawnienia też się zmieniają, dodają nam nowe czynności czy leki do zakresu zadań. Niektórych rzeczy regularnie się nie robi, a te które robimy codziennie to czasem z powodu rutyny zaczynamy robić źle. Oczywiście medycyna też się zmienia i gdzieś musimy poznać nowinki. Od tego właśnie jest to -szeroko pojęte - doskonalenie.


Jakiś czas temu (kilka lat? nie pamiętam dokładnie, ale nie ma to większego znaczenia) trochę się zmieniły zasady doskonalenia zawodowego ratowników medycznych i wprowadzono do ustawy nowe regulacje. Ich zadaniem jest wyeliminowanie podmiotów, które np. sprzedają punkty. Czy to dosłownie wysyłają certyfikat za pieniądze czy takie, które niby robią jakieś szkolenie, ale nikt tam się specjalnie nie przejmuje i czas jakoś mija. Teraz te podmioty szkoleniowe mają być autoryzowane przez Centrum Medyczne Kształcenia Podyplomowego. Super, czyli już nie każdy i nie tak łatwo da nam punkty do książeczki. Tyle w teorii, a jak jest?


CZEGO OCZEKUJE OD TEGO DOSKONALENIA?


Przede wszystkim, że zdobędę nową wiedzę, dotychczasową uporządkuję, a jeśli jakieś błędy popełniam to je wyeliminuję. Wytyczne ERC się pojawiają co pięć lat, niby mogę sobie sam przeczytać i na tym bazować. Oczekuję jednak od instruktorów, ze przekażą mi nowe sztuczki, sposoby, aby wykonywać te “wytyczne” jeszcze lepiej. Podobnie z ITLS, który się co jakiś czas zmienia i samo przeczytanie książki nie zawsze wystarczy. Do tego mamy też kurs doskonalący (za 120 pkt), który ma za zadanie wszystko podsumować i przypomnieć to co nam umknęło. I faktycznie, nie codziennie np. zakładamy quick-tracha, B.I.G.’a, odbarczamy odmę, cewnikujemy czy przyjmujemy poród. Chciałbym zatem pod okiem instruktora przećwiczyć te rzeczy raz na te kilka lat. Do tego dochodzą nam nowinki techniczne, które możemy poznać dopiero na takim kursie. Kiedyś ćwiczyłem z combitube, a teraz mamy i-GEL’e, cobry - zmienia się. Kiedyś uczyłem się tylko standardowego ułożenia łyżek defibrylatora, a teraz mówią łyżki to wyrzuć, a elektrody naklejaj z przodu i z tyłu - tak będzie lepiej. Oczekuję też, że ktoś obejrzy moje działania jako lidera czy członka zespołu podczas realizacji jakiejś scenki i podpowie co można robić lepiej, a z czego zrezygnować. Chociażby jak poprawić komunikację. Mnożyć tych przykładów można mnóstwo. Czego jeszcze oczekuję? Weryfikacji osób, z którymi potencjalnie mógłbym współpracować.


TROCHĘ WSPOMNIEŃ Z PRZESZŁOŚCI


Pamiętam jak bardzo dawno temu, tuż po rozpoczęciu pracy w pogotowiu trafiłem na finansowane z unii kursy. Byłem “świeżo” po szkole i wywarły na mnie ogromne wrażenie. Co prawda były to kursy wg AHA, ale bardzo dobrze je wspominam. Począwszy od warunków socjalnych, jedzenia poprzez merytorykę i efektowność, a w rezultacie efektywność. Kilka sal, jedna wykładowa, chyba trzy ćwiczeniowe. Czysto, ładnie, nowocześnie. Obiad w restauracji piętro niżej (choć akurat obiad to miły dodatek do tego wszystkiego :) ) Wykłady ciekawie prowadzone, do tego kilka fajnych eksperymentów mających pokazać pewne zależności. Np był zbiornik z “krwią”, który był przedziurawiony. Do tego z góry były dwa wenflony i toczyliśmy tam szybko kroplówki. Miało to zobrazować, że bez sensu jest lanie płynów przy krwawieniach, bo tylko zamieniamy krew na 0,9%NaCl, a do tego nasilamy krwawienie. Było kilka stanowisk przy których ćwiczyliśmy poszczególne czynności. Była głowa do intubacji, różne rurku do udrażniania dróg oddechowych i tak sobie ćwiczyliśmy. Było stanowisko do dojść doszpikowych i tam bawiliśmy się B.I.G.’iem, fastem czy EZ IO. Generalnie każdą czynność z naszych uprawnień tam się uczyło i doskonaliło. Podobały mi się scenki, które były odpowiednio omawiane. To wszystko było merytoryczne i widać było, że niektórzy się uczyli na tych scenkach i kolejne rozwiązywali co raz lepiej. Było to ACLS, PHTLS i kurs doskonalący. One odbywały się w krótkim okresie czasu. Poznałem wtedy taki sprzęt, którego w pogotowiu nawet nie miałem. Rurki krtaniowe, quick-trach czy urządzenie do odbarczania odmy - to były nowinki, na które musiałem chwilę poczekać. Pamiętam też, że podczas PHTL’su zeszliśmy do garażu, gdzie ćwiczyliśmy ewakuację z pojazdu - i to był chyba jeden jedyny raz, gdzie to ćwiczyłem. Pomimo, że upłynęło 10 lat od tego czasu to nadal te kursy wspominam bardzo dobrze i pamiętam jak po tych trzech kursach czułem przypływ wiedzy i umiejętności.


Potem byłem jeszcze na kilku różnych kursach. Nawet niecertyfikowanych, więc nazwanych jako warsztaty z zaawansowanych zabiegów ratunkowych czy warsztaty dotyczące postępowania z pacjentem urazowym. Byłem też na kolejnym kursie doskonalącym i warsztatach dotyczących postępowania z dziećmi. Te również wspominam dobrze, choć nie spowodowały we mnie ponownie efektu “wow”. Może dlatego, że już chwilę pracowałem, miałem jakieś doświadczenie no i nie było to takie nowe i zaskakujące.


TERAZ JESZCZE LEPIEJ!


Teoretycznie tak, wszystko uściślone w ustawie, jest nadzór CMKP. Wiemy, że firmy krzak nie zorganizują teraz kursu na zasadzie “jak najmniej za jak najwięcej”. Niestety w rzeczywistości niekoniecznie tak musi być. Wystarczy chociażby przyjrzeć się sprawie ratowników z Augustowa: https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/ratownicy-medyczni-z-augustowa-aresztowani-za-wyludzenie/kqzyyeq


To, że szkolenia w ogóle się nie odbywały to też nie znaczy, że te, które się odbywają nie są fikcyjne. Jakiś czas temu uczestniczyłem w kursie i trochę się zmartwiłem. Oczywiście, nie można generalizować po jednym szkoleniu i w ten sposób patrzeć na wszystkie podmioty szkolące w kraju. Rozmawiam też z innymi ratownikami, porównujemy swoje obserwacje. Okazuje się, że w niewielu miejscach jest chociażby poprawnie. Z czego to wynika?


CZEGO MY WŁAŚCIWIE CHCEMY?


Właśnie, może po prostu nie oczekujemy dobrego szkolenia? Może nam na tym nie zależy? “Przecież pracuję x lat w pogotowiu, odmy nigdy nie odbarczałem to i odbarczać nie będę. Na cholerę? A da się gdzieś punkty w necie kupić? Hahaha, dobre szkolenie, dobra impreza, a punkty są. Byleby szybko i byleby zdać - reszta nieistotna”.


No dobra, faktycznie. Takie słowa czasami słyszę od naszych koleżanek i kolegów. Często też słyszę narzekanie, że lekarzom i pielęgniarkom też niby każą robić punkty, a nikt tego nie sprawdza. U nas zaś trzeba płacić i to jeszcze w wolnym czasie robić. To prawda. Też uważam, że kursy powinny być albo darmowe, albo chociaż tańsze. Z drugiej strony jeśli mam być szczery to nigdy nie zapłaciłem za żaden kurs. Albo pracodawca, albo jakiś projekt. Jednakże nie każdy może tak trafić - ok.


Jeśli jednak nie oczekujemy od organizatora rzetelności i dobrej jakości kursu, a jedynie podbitej książeczki to cóż... Obawiam się, że tak daleko nie zajdziemy.


Wychodzimy z założenia, że to głupi przymus i najważniejsze to go zaliczyć, a nauczyć się... hmm no nauczę się, ale przecież do dawania captoprilu to ja żadnych odm czy kardiowersji nie potrzebuję. Ratownictwo było kiedyś, a teraz to przychodnia.


RATOWNIK MEDYCZNY - BOHATEREM W PELERYNIE


Oj bardzo lubimy tak o sobie myśleć. To przede wszystkim - myśleć. Często tak też o sobie opowiadamy. Tyle można usłyszeć jak długo pracujemy, ile już widzieliśmy ile żyć uratowaliśmy. Oczywiście lekarz nam nie jest do niczego potrzebny. Ktoś kiedyś napisał na facebooku “a za co Wy chcecie te podwyżki? Za te ściemnianie? Za te kłamanie? Za te wzywanie ciągle eSek do pierdół? Za te narzekania na wszsytko? Za to, że niewiele umiecie?” Larum podniosło się potężne, ale jasne - mało kto lubi krytykę. Warto jednak to przeanalizować i spojrzeć odrobinę głębiej.


Jakiś tam czas temu jeden zespół wiózł sobie pacjenta do szpitala i mieli stłuczkę. W związku z tym, że nie mogli dalej jechać poprosili o zespół, który zajmie się pacjentem. Otrzymałem informację, że mam jechać na sygnale, bo tamten zespół ma pacjenta z zawałem. No ok, dojazd 25 minut, potem droga do szpitala drugie tyle.


Wchodzę do ich karetki, widzę leżącego pacjenta podłączonego do monitora i widzę taki zapis:


 


Nic nie trzeba opisywać ;)


Dodam, że pacjent był blady, spocony, splątany, ciśnienie 70/40mmHg. Koledzy podali 0,5mg atropiny i tyle. Przypominam, że mój czas dojazdu to 25 minut, no a wcześniej ten pacjent przecież był jeszcze w domu.


Dla ciekawych dopiszę, że pacjent w rezultacie dostał elektrody samoprzylepne i na stymulacji trafił do pracowni, gdzie założono elektrodę czasową. Jako jeszcze jedną ciekawostkę powiem, że w SOR, ktoś przez “przypadek” odłączył jedno odprowadzenie kończynowe co zatrzymało stymulację, a na monitorze widać było jedynie załamki P (to ta słynna asystolia z zał.P). Trwało to oczywiście krótką chwilę, ale potwierdziło, że elektrostymulacja była niezbędna.


Koledzy mają wieloletni staż, nawet dłuższy ode mnie. Gdzieś coś nie zadziałało. Dyplom dostali - ok, wiemy jakie kiedyś były czasy i jak transformowano sanitariuszy i kierowców w ratowników medycznych. A czy nie zgodzicie się ze mną, że zawiodło właśnie doskonalenie zawodowe? Te które teraz ma być jeszcze lepsze i pilnować naszych ratowniczych zdolności?


Przecież oni musieli te 200 punktów pozdobywać. Nie wszystko da się zebrać na konferencjach. Musieli chociażby zrobić kurs doskonalący (za 120 pkt). Ktoś to “klepnął”. I to pewnie nie raz.


A JAK JEST NA KURSIE?


Uczestnicząc jakiś czas temu w kursie widziałem jak ktoś chciał robić stymulację i włączał synchronizację, ładował defibrylator do kilkunastu Dżuli i wyładowywał. Ratownicy nie rozróżniali kardiowersji od stymulacji. Nie rozumieli dlaczego defibrylacja jest w dżulach, a stymulacja w miliamperach. Ok, ja wiem. Zabiegi te od niedawna mamy w uprawnieniach, może dla tych osób to był pierwszy kurs od tego czasu? Dla mnie też, ale jednak jakimś cudem dowiedziałem się jak to technicznie zrobić.


 


Nooo dooobra, po angielsku i jeszcze z jakimiś skandynawskimi napisami. Mamy przecież jeszcze instrukcję do defibrylatora. Wsadzili mi w uprawnienia stymulację? To zacząłem o tym czytać. Tak samo jest z każdym nowym uprawnieniem czy lekiem. Ktoś mi coś dokłada to zaczynam zgłębiać ten temat. Po pierwsze po to, żeby po prostu wiedzieć, a po drugie, żeby ewentualnie to zrobić, a po trzecie, żeby uniknąć odpowiedzialności za popełnienie błędu medycznego przez zaniechanie. Niech nikt się nie łudzi, że jak czegoś nie zrobi, a są wskazania i  zawiezie do szpitala to nic mu nie grozi. Nie tylko możemy coś zrobić co będzie złe, ale możemy też czegoś nie zrobić i to też będzie złe. (Pamiętam jak przy kolejnym rzucie przekształcania S w P, kolega z długim stażem mnie spytał przy herbacie czy jak będą tylko wszystko wywozić to nic się im nie stanie). Nie mam pojęcia jaką linię obrony by można było obrać jeśli nie wykonało się elektrostymulacji przy ewidentnych wskazaniach (a w sumie tylko w takich możemy), a pacjent przez to się “pogorszył” czy zmarł. To właśnie jest wtedy błąd przez zaniechanie i nie wiem czy w ogóle możliwe by było się wybronienie z tego. Bo blisko do szpitala? Bo nigdy tego nie robiłem? Bo nie umiałem technicznie? Sami widzicie :)


Na szkoleniu można też było zauważyć brak podstawowej wiedzy. Pracuje sobie jakaś tam grupka ludzi, na monitorze widzą migotanie komór (wiecie jak wyglądają te rytmu z symulatorów - no są bardzo oczywiste) i co robią? No nic... Pomimo tego, że był wykład na ten temat kilka dni wcześniej. Rozmawiają, że może tętno, to może uciski, jedna osoba uciska. Nie zostało w głowie, że najważniejsza jak najszybsza defibrylacja i jak najkrótsze przerwy w uciskaniu klatki piersiowej. Nie mam na celu teraz czepianie się czegokolwiek, nie krytykuje tego, że ktoś nie dopatrzył się WPW w ekg, nawet nie to, że ktoś nie wiedział co to są receptory beta czy alfa. Tylko taka podstawowa umiejętność ratownika medycznego. Rozpoznanie NZK, rozpoczęcie uciskania klatki piersiowej, szybka analiza i w razie konieczności niezwłoczna defibrylacja. Przecież niektórzy z nas tak uwielbiają mówić, że ratownikowi wystarczą cztery rytmy ekg ;)


Inna sytuacja, prowadzący wciska wręcz informacje, że pacjent ma wstrząs anafilaktyczny. Duszność, obrzęki, wysypka, bladość, spocona skóra. Wszystko narasta na oczach ratowników. I co? No płyyyynyyy, sterydyyy, ciśnienie, eska! W omówieniu no tak, tak adrenalina.


Szybkie pytanie do uczestnika: “co to jest AVPU?”. No nie wiedział. Po prostu. Strażacy to wiedzą, ratownicy wodni to wiedzą. No nie wiedział tego ratownik medyczny - ten bohater w pelerynie.


Można by sobie pomyśleć - no dobra, nie ma się co czepiać. Jest się na środku, wszyscy patrzą, stres to i może być pustka w głowie.


Serio? A jak jesteśmy do użądlonego, uczulonego dziecka nad jeziorem, gdzie rodzice krzyczą, ludzie kręcą komórkami i wulgarnie nam przypominają, że długo jechaliśmy to co? Nie ma stresu?


A jak jedziemy do pacjenta z NZK i jego syn się przedstawia jako biegły sądowy czy prokurator to nie ma stresu?


Ta praca przecież jest stresująca. Jeśli ktoś zapomina co robić przy migotaniu komór czy wstrząsie anafilaktycznym w trakcie symulacji na kursie to jak on sobie radzi w prawdziwym świecie? Przecież możemy z takim ratownikiem medycznym jeździć na jednym zespole. Rozejrzyjmy się dookoła, zwróćmy uwagę jak często się śmiejemy, że X jeździ na zespole i do tego na tablecie. A przecież on nic nie wie i nie umie. To powinien być śmiech przez łzy.


Kurs się kończy. Wszyscy się cieszą, że szybko i łatwo, bez spiny. Mamy kwity, mamy pieczątkę w książeczce. Wszyscy. Udało się! Jest super! Karuzela będzie kręcić się dalej. Nikt nie podsumowuje. Nikt nie prostuje błędów innych, nie tłumaczy. Ja osobiście brałem udział w jednej scence. Nie miałem okazji poćwiczyć np. konikopunkcji. W sumie nie miałem okazji niczego poćwiczyć. Nie miałem zajęć z psychologiem - ostatnio była ciekawa dyskusja w internecie jak by się przydał psycholog na etacie, żeby do niego chodzić. Na kursie doskonalącym mają być zajęcia z psychologiem, no ale nie było. Nikomu nawet na tym nie zależało. Po co? Szkoda czasu :) 


Prowadzący? hmm zmieniali się, ale tylko jeden jak dla mnie był profesjonalny. Gdyby nie to, że odbierał telefon w środku zajęć byłoby super. Mówił ciekawie, konkretnie, fajny sposób przedstawienia wiedzy. Do tego był adekwatnie ubrany. Reszta się spóźniała po 30 minut, rozmawiali przez telefon, pisali smsy. Kończyliśmy szybciej, bo prowadzący musiał wyjść kilka godzin wcześniej - niby służbowo.


To nie była firma krzak. Nieważne jednak kto, nic to nie zmienia. To nie ma być krytyka konkretnej firmy, a refleksja o naszych szkoleniach.


POMYSŁY?


Macie jakiś pomysł? Jak to powinno wyglądać? Dokąd to zmierza? Zastanawiam się co tu będzie dobre. Może jednak nie ma tutaj dobrego wyjścia? Czy te osoby, które nawet nie znają podstaw lub nie potrafią ich zastosować w praktyce nie powinni dostać zaliczenia? Może kurs powinien zostać anulowany? Czy warto w ogóle coś zmieniać?


Może należy poszukać środka?


Mi się wydaje, że przede wszystkim powinniśmy inaczej postrzegać doskonalenie zawodowe. Nie jako przykry obowiązek, a jako szanse na odnowienie wiedzy, uporządkowanie jej i zdobycie jakiś nowinek. Nie traktować zajęć z psychologiem jako “umilenie” na siłę czasu i smęcenie bzdur, a jako szanse na wyłapanie np. wypalenia zawodowego czy jakiś cech stresu które mogą na nas wpływać destrukcyjnie. Jeśli my jako uczestnicy będziemy oczekiwać wysokiej jakości szkolenia to automatycznie one takie będą musiały się stać.


Jeśli ktoś popełnia błąd podczas ćwiczeń to nie należy tego zamiatać pod dywan czy bagatelizować, a pomóc wyeliminować takie działanie. Jasne, wszyscy popełniamy błędy, ale na takim kursie trzeba tak szlifować wiedzę, żeby wtop było co raz mniej. To, że jakaś scenka mi nie poszła to nie katastrofa. Ktoś wskaże mi błędy, a ja w następnych scenkach będę już działać bez nich. Tak ja sobie to wyobrażam. Chciałbym też mieć kilka szans na sprawdzenie się pod okiem specjalistów. Chciałbym być kilka razy oceniony - to rozwija. Niemniej jednak jeśli ktoś się gubi na podstawach i to kilka razy to nie powinien on ukończyć kursu. Nie sprowadzałbym też tej sytuacji do wykluczenia z zawodu. Jeśli jednak nie rozpoznajesz migotania komór czy wstrząsu anafilaktycznego i nie podejmujesz szybkiej decyzji co do postępowania (migotanie? defibrylacja!; wstrząs anafilaktyczny? adrenalina!) to musisz się douczyć. Wróć do domu, powertuj książki, poproś kolegę, żeby Ci coś wytłumaczył. Wróć na egzamin i go zalicz. Znowu nie poszło? Masz kolejną szansę. Jeśli jednak nadal nie defibrylujesz po rozpoznaniu migotania komór to nie widzę możliwości, aby taka osoba miała się znaleźć w ZRM. Nie chodzi tu przecież o szukanie przerostu komór w ekg, ale jak ktoś ma odnaleźć zawał prawej komory w ekg i zmodyfikować swoje postępowanie przy OZW jeśli nie znajduje migotania komór?


Jeśli jednak to nie jest dobre, to może by jednak zróżnicować ratowników medycznych? Póki co zakładamy, że ratownik medyczny = ratownik medyczny. Dziś nie opłaca się być dobrym ratownikiem. I mądry i głupi ma te same pieniądze. Ma te same uprawnienia. Może tyle samo za tyle samo. A jeśli to zabija naszą ambicję? Po co mam się szkolić jak to nic nie zmienia? Może to stopniowanie nie było by takie złe. Po tym kursie naszły mnie wątpliwości. Mówi się, że zaraz Ski odejdą do lamusa, dadzą nam w ręce RSI, stos leków, ketaminy, skoliny. Tylko jak, skoro my nie strzelamy w VF? Czy to aby na pewno dobry pomysł? Może lepiej dać tylko niektórym? Tym lepszym? A razem z uprawnieniami dać też więcej gotówki. Zdasz to jesteś lepszy i masz pieniądze i uprawnienia. Nie zdasz? Ok nie wypadasz z obiegu, ale będziesz mniej zarabiać i będziesz mógł mniej. Czy to nie byłoby uczciwe?


Organizatorzy szkoleń - może warto, aby był tylko jeden? Teraz i tak nie ma konkurencyjności jak się okazało. Może jednak akredytacje powinny być ostrożniej rozdawane?


Może też jest dobrze tak jak jest? To ok, tylko po co mam tam spędzić sześć dni, marnować czas wolny na to, żeby czekać aż prowadzący w końcu dotrze na zajęcia, potem wyjść trzy godziny szybciej, bo musi gdzieś wyskoczyć. Czytać bzdury w internecie mogę też w domu, nie muszę na zajęciach, z których nic nie wyniosłem. Oprócz smutnych przemyśleń.


Jeśli to tak ma wyglądać, to bardzo przepraszam. Ale pocałujcie mnie w nos i dajcie mi spokój. Nie oczekujcie ode mnie uczestnictwa w takich przedsięwzięciach. Szkoda naszego czasu.


 


Pozdrawiam


M.K.

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, by móc dodać komentarz.

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Społeczność

Najnowsze zdjęcia

  • Pierwsza pomoc tonącym
  • Podstawowa Opieka Zdrowotna
  • Wzywając pogotowie, nie okłamuj dyspozytora
  • Nie czekaj, dzwoń!
  • Nie wzywaj pogotowia nadaremnie
  • Wzywaj z głową
  • Ratownik medyczny
  • Teraz już wiesz...
  • Miał zawał. Karetki nie było.
  • Zespół QRS i jego szerokość
  • STEMI może być...
  • Słupek
  • Zatrucia
  • Ratownik medyczny
  • Zarobki ratownika medycznego
  • Służby