Ratownictwo Medyczne i Pierwsza Pomoc - Ratunek24.pl

Skala Virgini Apgar

Virginia Apgar, profesor anestezjologii i pediatra. W 1949 r. opracowała nazwaną potem jej nazwiskiem skalę służącą do oceny stanu zdrowia noworodków, używaną oraz niezastąpioną po dziś dzień

 


Gdyby nadal obowiązywały statystyki z lat 30., to np. w roku 2006 zmarłoby w Ameryce 160 tys. (zamiast 20 tys.) noworodków. Wielka w tym zasługa dr Apgar, choć dziś mało kto pamięta, że nazwa skali, zgodnie z którą ocenia się stan zdrowia dzieci zaraz po urodzeniu, bierze się od jej nazwiska.

Jest rok 1949. W kafeterii szpitala znanego nowojorskiego Uniwersytetu Columbia grupa studentów w towarzystwie ulubionej pani profesor od anestezjologii Virginii Apgar je śniadanie i żywo dyskutuje. - Warto by coś wymyślić, co pomogłoby nam oceniać stan noworodków zaraz po urodzeniu, bo dziś trochę się w tym gubimy - mówi jeden z młodych adeptów medycyny. - Ależ to dziecinnie proste! - odpowiada błyskawicznie Virginia Apgar. - Należy to zrobić w następujący sposób - pani profesor chwyta najbliższą dostępną kartkę papieru i szybko wypisuje na niej pięć punktów:


1. czynność serca,


2. oddech,


3. napięcie mięśni,


4. odruchy na drażnienie,


5. zabarwienie skóry.


Studenci nie mają czasu, by zareagować, gdyż Virginia zrywa się na równe nogi i z kartką w dłoni biegnie wprost do położników, by dopytać, co sądzą o jej pomyśle. Tak wyglądały narodziny słynnej skali Apgar służącej do oceny stanu zdrowia noworodków. Oceny, którą do dziś obowiązkowo przeprowadza się w każdym szpitalu położniczym na świecie. Można by rzec, że każde dziecko, które rodzi się w asyście lekarza czy położnej, jest wciąż oglądane oczami Virginii Apgar. Bohaterka tego tekstu wymyśliła swoją skalę, mając 40 lat. A co działo się z nią wcześniej?


Cztery tysiące dolarów długu


Przychodzi na świat 7 czerwca 1909 roku w Westfield w stanie New Jersey jako najmłodsza z trójki dzieci agenta ubezpieczeniowego Charlesa E. Apgara i Helen May Apgar. Od dziecka mówi z szybkością karabinu maszynowego. Ta cecha pozostanie jej do końca życia. Porusza się tak szybko, że nikt nie jest w stanie za nią nadążyć. W college'u stanowi podporę aż siedmiu sportowych drużyn, jest reporterem szkolnej gazetki, gra w szkolnym teatrze i na skrzypcach w orkiestrze. Doskonale się uczy i jeszcze znajduje czas, by imać się różnych zarobkowych zajęć (jednym z nich jest łapanie kotów do celów laboratoryjnych). W wieku 20 lat robi dyplom z zoologii i idzie na medycynę na nowojorską Columbię. Jest jedną z dziewięciu kobiet w gronie 90 studentów. Studia zaczyna w szczególnym momencie. 24 października 1929 roku ceny akcji na Wall Street spadają na łeb na szyję, zaczyna się Wielki Kryzys. Młoda studentka zdaje sobie sprawę, że bez wsparcia z zewnątrz nie ma szans na kontynuowanie nauki. Zamożny przyjaciel rodziny wspaniałomyślnie udziela jej pożyczki. W 1933 roku Virginia kończy (na czwartej pozycji) studia z długiem wynoszącym równo 4 tys. dolarów. Astronomiczna suma jak na samotną młodą kobietę marzącą o tym, by zostać chirurgiem.



Chirurgia - to nie dla kobiety


Świetna lokata na studiach ułatwia Virginii zdobycie prestiżowego dwuletniego stażu w Presbyterian Hospital na macierzystej Columbii. Cel stażu to zdobycie uprawnień chirurga. Wszystko idzie świetnie aż do momentu, kiedy to jeden z operowanych przez nią pacjentów niespodziewanie umiera. Śmierć jest tym bardziej zagadkowa, że stosunkowo prosty zabieg się udał. Ale wkrótce potem stan chorego szybko się pogarsza. Virginia zaczyna podejrzewać, że przez nieuwagę naruszyła pewne niewielkie, acz ważne naczynie krwionośne. Uzyskanie zgody na sekcję w takiej sytuacji nie wchodzi w grę. Virginia decyduje się więc na samowolne wejście do kostnicy i własnoręczne przeprowadzenie badania. Przypuszczenia się potwierdzają - chory wykrwawił się na skutek jej błędu. Apgar natychmiast powiadamia ordynatora oddziału chirurgii dr. Allena Whipple'a. - To się może zdarzyć każdemu. Taka jest cena medycyny - uspokaja ją szef. Kolejne miesiące stażu nie przynoszą już podobnie przykrych niespodzianek, ale przyszłość i tak nie rysuje się różowo. Dr Whipple namawia Virginię, by porzuciła myśl o chirurgii. - To zajęcie nie dla kobiety, szczególnie w tych czasach. A ty przecież masz spore długi - przekonuje. Whipple wie, o czym mówi. W czasach Wielkiego Kryzysu nawet dobrzy chirurdzy mężczyźni mają wyraźnie niższe dochody, a co dopiero mówić o kobietach. Żadna z jego wcześniejszych protegowanych nie odnosi w chirurgii finansowego sukcesu. - Powinnaś się zająć anestezjologią - twierdzi Whipple. - Ta dziedzina medycyny będzie się rozwijać i tam ze swymi zdolnościami zrobisz karierę - argumentuje.


Poszło nieźle, ale chory się nie obudził


Anestezjologia sprzed 80 lat niewiele przypomina tę dzisiejszą. Królują w niej wciąż eter i chloroform. Ówcześni chirurdzy zdają sobie jednak sprawę, że powodzenie coraz dłuższych i bardziej skomplikowanych operacji zależy nie tylko od ich sprawnych dłoni i odwagi, ale też od odpowiedniego uśpienia pacjenta i dbania, by jego serce i płuca w czasie zabiegu pracowały prawidłowo. Anestezjologia przez lata jest domeną pielęgniarek, nie lekarzy. Jednak w miarę postępu nauki, a szczególnie fizjologii i farmakologii, coraz bardziej rośnie zapotrzebowanie na tych drugich. Virginia Apgar wstrzela się w ten czas, aczkolwiek znalezienie miejsca, gdzie dałoby się zdobyć odpowiednie umiejętności, nie jest łatwe. W połowie lat 30. w całych Stanach odbywa się raptem 13 kursów dla anestezjologów, z czego zaledwie dwa oferują jakiekolwiek wynagrodzenie. Virginia chowa dyplom lekarski do kieszeni i odczekuje rok, pracując na stanowisku pielęgniarki anestezjologicznej w Presbyterian Hospital. Jej upór jednak procentuje - pod koniec 1936 roku jedzie do Medison na Uniwersytet Wisconsin, gdzie pod okiem dr. Ralpha Watersa będzie zdobywać szlify w nowym trudnym fachu. Początki nie są łatwe. 'Uśpiłam pierwszego pacjenta. Poszło nieźle, ale chory się nie obudził. Dziś też przerażający moment, pacjent o mały włos nie umarł' - notuje w dzienniczku 28-letnia stażystka. Pobyt w Medison znosi źle. W ciągu sześciu miesięcy przeprowadza się trzykrotnie. W swoich zapiskach daje też upust złości, iż jako lekarka ma co prawda prawo uczestniczyć w naukowym spotkaniu ('Całkiem ciekawe'), ale po nim na wspólną kolację mogą się udać wyłącznie mężczyźni. Jej, z racji płci, nikt nie zaprasza.



Anestezjolog też człowiek


Z głową nabitą wiadomościami dr Apgar wraca na nowojorską Columbię i obejmuje stanowisko dyrektora ds. anestezjologii w Presbyterian Hospital. Jest pełna entuzjazmu, ale szybko się przekonuje, że czeka ją praca ponad siły, a na dodatek wieczne utarczki z dyrekcją szpitala i z kolegami. Zaczyna wykłócać się o nowe etaty dla anestezjologów. Liczba operacji przeprowadzanych w Presbyterian sięga 5 tys. rocznie i do każdej potrzebny jest ktoś do usypiania i pilnowania funkcji życiowych pacjentów. Szefowie doceniają wysokie kwalifikacje Virginii, jednak upierają się, że do pomocy w zupełności wystarczą jej pielęgniarki. W efekcie przez dwa lata, tj. do sierpnia 1940 roku, Apgar jest jedynym lekarzem anestezjologiem na cały szpital. Zresztą nawet gdyby były etaty, o zmienników nie byłoby łatwo. Wybucha wojna i wielu lekarzy mężczyzn zostaje zmobilizowanych. Virginia złości się, że chirurdzy nie traktują jej jak równorzędnego partnera - nawet nie z racji płci, lecz z przyzwyczajenia, iż anestezjolog jest od wykonywania poleceń, a nie od mądrzenia się. Dochodzi kwestia pieniędzy. Całe honorarium za operację należy się chirurgowi. - To wyzysk - twierdzi Apgar. - My też musimy sporo umieć i ponosimy odpowiedzialność za zdrowie pacjenta. Należy się nam przynajmniej 10 proc. zapłaty za zabieg. Dyrekcja pozostaje niewzruszona. - W takim razie bawcie się tu dalej sami. Odchodzę - oświadcza pewnego dnia Virginia. Zaczynają się pośpieszne negocjacje z chirurgami. Jakieś pieniądze dla anestezjologów ostatecznie się znajdują i dr Apgar wraca do pracy.


Zrób to, co należy, i zrób to natychmiast


Jej pozycja w szpitalu się umacnia. Nawet chirurdzy stopniowo zaczynają doceniać jej wiedzę i zaangażowanie. Uwielbiają ją studenci. Jej zasadnicze pomoce naukowe to stary ludzki szkielet oraz własna anatomia. Jeśli akurat pod ręką nie ma wysłużonego szkieletu, każe studentom obmacywać swoją miednicę lub kość ogonową. Ważną częścią szkoleń są zasady resuscytacji osób nieprzytomnych lub pozbawionych oddechu. Apgar wbija do głów studentom, że powinni być w każdej chwili przygotowani do zastosowania nabytych umiejętności zarówno w szpitalu, jak i poza nim. 'Zrób to, co należy, i zrób to natychmiast' - tak brzmi motto tych zajęć, które de facto jest mottem całego życia Virginii. - Powinniście zawsze mieć przy sobie nożyk do wykonania nagłej tracheotomii [nacięcia szyi i tchawicy w celu dostania się bezpośrednio do dróg oddechowych], rurkę tracheotomijną i laryngoskop [oba narzędzia służą do zapewnienia choremu dostępu do tlenu] - tłumaczy Apgar. - Ja sama nigdy się z nimi nie rozstaję. Nikt, ale to nikt, nie udusi się w mojej obecności. To bynajmniej nie poza. Jej nożyk i rurka zostają użyte poza szpitalem co najmniej kilkanaście razy. W 1949 roku liczba świeżo wykształconych lekarzy anestezjologów w Presbyterian Hospital jest już na tyle duża, że uniwersytet decyduje się utworzyć odrębny zakład, w którym będzie się nie tylko uczyć, ale też prowadzić prace badawcze. Wszyscy są pewni, że szefem zostanie Virginia. Jednak władze uczelni decydują, że zakładem pokieruje mężczyzna - prof. Emmanuel Papper ściągnięty z Bellevue Hospital. Dr Apgar będzie jego prawą ręką, a na osłodę dostanie tytuł profesora. To pierwsza kobieca profesura w historii Uniwersytetu Columbia. Apgar przełyka porażkę. Do pewnego stopnia nawet się cieszy, bo funkcja kierownicza nieodmiennie łączy się z administrowaniem i papierkami, a tego nie znosi. I będzie miała wreszcie czas zająć się tym, co pochłania ją najbardziej - anestezjologią w położnictwie, a więc opieką nad rodzącą i jej przychodzącym na świat dzieckiem.


Jest skala!


Na świecie rodzi się dziś blisko 130 mln dzieci rocznie. Żeby nie wiem jak się starać, część z owych porodów kończy się źle. Z upływem czasu odsetek niepowodzeń bardzo wyraźnie się zmniejszył. Ale jeszcze wcale nie tak dawno temu było zupełnie inaczej. Mało kto dziś pamięta, iż 80 lat temu poród z punktu widzenia zdrowia kobiety był najbardziej niebezpiecznym wydarzeniem w jej życiu. W tym czasie w Stanach Zjednoczonych zgonem matki kończyła się jedna na 150 ciąż. 20 lat później, tj. w latach 50., z racji lepszych standardów opieki położniczej, a także odkrycia penicyliny i innych antybiotyków ryzyko śmierci matki obniżyło się o ponad 90 proc. - do jednego przypadku na 2 tys. ciąż i porodów. W tym samym okresie sytuacja nowo narodzonych dzieci jest jednak nieporównanie gorsza. Trudno w to uwierzyć, ale umiera aż co 30. z nich. Lekarze nie bardzo wiedzą, jak temu zaradzić, i dziećmi, które mają widoczne wady rozwojowe, rodzą się bardzo małe albo tylko sinieją lub słabo oddychają, zwykle się nie opiekują. Pozwalają im spokojnie umrzeć, sądząc, iż są zbyt chore, by przeżyć. Virginia Apgar nie może się z tym pogodzić. Nigdy dotąd nie odbierała bezpośrednio porodu (choć wielokrotnie znieczulała rodzące pacjentki, asystowała także przy cesarskich cięciach), nie ma też własnych dzieci. Jednak każde narodziny wydają się jej wspaniałym przeżyciem, które jej zdaniem zbyt często źle się kończy. Ale co zrobić, jeśli samemu nie jest się położnikiem, a na dodatek jest się kobietą w bardzo męskim świecie medycyny? Trzeba wymyślić nową dziedzinę opieki nad chorym na podstawie prostych, uniwersalnych i użytecznych narzędzi - skali do błyskawicznej oceny stanu zdrowia noworodka.



Skala ma wartość od zera do 10. Mierzy się pięć parametrów. Noworodek może dostać po dwa punkty, jeśli jego skóra ma różowy kolor, jeśli głośno płacze, równo oddycha, porusza wszystkimi czterema kończynami i wreszcie - jeśli jego serce bije szybciej niż sto razy na minutę. 10 punktów oznacza, że dziecko urodziło się w świetnej kondycji. Cztery punkty lub mniej to spore zagrożenie dla jego zdrowia. Zaprezentowana po raz pierwszy na większym forum w 1952 roku i opublikowana rok później skala - nazwana niemal natychmiast skalą Apgar - ma iście rewolucyjne skutki. Przekształca niemal z dnia na dzień mgliste i trudno uchwytne kryteria oceny stanu zdrowia noworodka w konkretne liczby dające się zbierać i porównywać. Użycie skali zmusza też lekarzy do wnikliwej obserwacji i dokumentowania faktycznej kondycji każdego nowo narodzonego dziecka niezależnie od tego, jak bardzo jest chore. Do tej pory ich wysiłki - co zresztą zrozumiałe - skierowane były głównie na kobietę. Teraz, wraz z pojawieniem się skali, nagle rosną szanse rodzących się dzieci.


To jest konkretny człowiek?


Virginia proponuje, by ocenę przeprowadzał lekarz anestezjolog lub pielęgniarka. - Położnikom zawsze się wydaje, że dziecko jest lepsze niż w rzeczywistości - przekonuje. Bardzo szybko okazuje się, że ta sama skala świetnie nadaje się również do oceny działań ratowniczych. Dziecko może bowiem urodzić się z fatalną punktacją, ale niezwłoczna resuscytacja, a nawet samo podanie tlenu i ogrzanie mogą sprawić, iż pięć minut później ten sam maluch osiąga maksymalne 10 punktów. Rodzi się nowa dziedzina medycyny - neonatologia. Położnik nadal opiekuje się matką, ale dziecko to już obiekt troski innego lekarza - neonatologa. Skala Apgar pozwala także ocenić najróżniejsze działania lekarzy pod kątem stanu zdrowia noworodka. Okazuje się np., że miejscowe znieczulenie matki do porodu znosi on zdecydowanie lepiej niż pełną anestezję. Niektóre wyniki są zaskakujące. Virginia jest przerażona, gdy zauważa, że jej ulubiony gaz usypiający - cyklopropan - wyraźnie szkodzi dzieciom. - Nigdy więcej już go nie użyję - oświadcza natychmiast. - Bogu dzięki, że to wyszło na jaw. Niebawem zaczyna się era aparatów USG. Lekarze są w stanie coraz lepiej oceniać stan zdrowia płodu i przewidywać zawczasu pewne komplikacje. Standardem staje się monitorowanie czynności akcji serca płodu. Z upływem lat wszystko to sprawia, iż śmiertelność noworodków gwałtownie spada. Dziś w Stanach Zjednoczonych umiera jedno na 500 donoszonych dzieci i jedna rodząca na 10 tys. Gdyby nadal obowiązywały statystyki z lat 30., to np. w 2006 roku zmarłoby w Ameryce 27 tys. matek (zamiast niespełna 500) i 160 tys. (zamiast jednej ósmej z tej liczby) nowo narodzonych dzieci. Wielka w tym zasługa dr Virginii Apgar, choć dziś, po latach, mało kto pamięta, że nazwa skali, zgodnie z którą ocenia się stan zdrowia dzieci, bierze się od jej nazwiska. - To to jest konkretny człowiek? - dziwią się nawet studenci medycyny. - I do tego kobieta? Popularność skali wkrótce po jej stworzeniu sprawia, iż jej twórczyni staje się legendą za życia.


Słój z ludzkim płodem


Apgar nie zwalnia. Uczy, pracuje naukowo, publikuje, nadal odbiera porody. Liczba dzieci, które w jej asyście przychodzą na świat, dochodzi do 17 tys. (wcześniej Virginia zdąży uśpić do operacji 20 tys. pacjentów). Po wprowadzeniu skali pojawia się tak duża liczba danych, że bez dobrej znajomości statystyki trudno się w tym gąszczu połapać. Apgar decyduje się na roczny płatny urlop, który poświęca na naukę wspomnianej statystyki i zdrowia publicznego na Johns Hopkins School of Public Health. W 1959 roku robi dyplom w tym zakresie i niespodziewanie zaczyna nową zawodową przygodę - zostaje szefową państwowej fundacji March of Dimes. Fundację tę powołano przed II wojną światową w celu pomocy ofiarom polio. Masowa akcja szczepień przeprowadzona w Stanach w roku 1955 drastycznie zmniejsza jednak liczbę nowych zachorowań i March of Dimes szuka nowych pól działalności. Jednym z nich stają się wrodzone wady płodu - przedtem absolutne tabu w amerykańskim życiu publicznym. Ale 10 lat po wojnie trwa wielki baby boom i jednym z jego efektów jest wzrost liczby rodzących się dzieci z wadami. Ich liczbę w samych Stanach ocenia się na 250 tys. rocznie. Virginia decyduje się zostać ich rzeczniczką i opiekunką. Ma pełne ręce roboty. Jeździ po kraju, wygłasza wykład za wykładem, zbiera fundusze na badania i pomoc dla rodzin z chorymi dziećmi. Umie zjednywać ludzi, wie, jak ich brać pod włos. W pierwszej chwili trochę się jej wszyscy boją, gdyż jest bardzo wysoka, ale okulary w ulubionym kocim kształcie dodają jej wdzięku i łagodności. A gdy się ją lepiej pozna, doskonale widać, że ma serce na dłoni, choć jednocześnie jest bardzo zasadnicza, uparta i... skuteczna. W chwili, gdy zaczyna pracę w fundacji, w kasie jest 19 mln dolarów, gdy ją kończy, suma urasta do 46 mln. Virginia wszystkim wokół opowiada o wadach wrodzonych. Robi to w hotelowych restauracjach, a nawet w kościele. Wozi ze sobą wszędzie słoiczek z zatopionym w formalinie ośmiotygodniowym ludzkim płodem z niezamkniętą cewą nerwową (śmiertelna wada układu nerwowego na wczesnym etapie rozwoju). Po raz pierwszy zabiera swą pomoc naukową w podróż samolotem na Zachodnie Wybrzeże. Na pokładzie nie może się powstrzymać, zaprasza stewardesy na mały wykład połączony z pokazem zawartości słoiczka. W efekcie obsługa pasażerów zostaje wstrzymana na jakieś pół godziny.



Po prostu płynę w powietrzu


Virginia Apgar ma dwie wielkie miłości poza medycyną (wszystkie biografie zgodnie milczą na temat jej życia uczuciowego). To upiornie szybka jazda samochodem i muzyka. Znajomi zwykle wykręcają się, gdy proponuje im podwiezienie własnym autem. - Uwielbiam to uczucie, kiedy podczas jazdy samochodem wiatr rozwiewa moje włosy - mawia Apgar. - Jeżdżę tak szybko, że opony nigdy mi się nie psują. Po prostu płynę w powietrzu i one w ogóle nie dotykają ziemi. Szybkość, jaką osiąga samochód, w pewnym momencie przestaje jej wystarczać i w wieku 59 lat zapisuje się na kurs pilotażu. Wielkim niezrealizowanym marzeniem staje się samodzielny przelot pod mostem George'a Washingtona. Muzyka towarzyszy jej od najmłodszych lat. Virginia gra na skrzypcach i altówce. Mieszka na stałe w Teaneck w stanie New Jersey i jeśli tylko czas jej na to pozwala, występuje wspólnie z miejscową orkiestrą symfoniczną. We wszystkie podróże oprócz słoja z płodem zabiera też swoją altówkę i stara się na miejscu zorganizować kwartet, by choć przez jeden wieczór oddać się wspólnemu muzykowaniu. Mało tego. Dr Apgar sama bierze się do produkcji instrumentów. W tym celu w 1957 roku szacowna pani profesor posuwa się nawet do kradzieży we własnym szpitalu. Jedna z jej pacjentek Carleen Hutchings, autorytet w dziedzinie akustyki, powiadamia ją o istnieniu pewnej deski stanowiącej - o zgrozo - wyposażenie miejscowej budki telefonicznej. - Deska owa jak mało co nadaje się na tył twojej nowej altówki - tłumaczy Hutchings. Kiedy próby oficjalnego jej zdobycia zawodzą (dla szpitalnej administracji pisemna prośba dr Apgar jest absolutnie niezrozumiała), obie panie zakradają się w nocy, kradną oryginalną deskę i podkładają przygotowany zawczasu substytut. Virginia jest w siódmym niebie. Ukończona wkrótce altówka ma iście boski dźwięk.


Kiedy kobieta staje się wyzwolona


- Jakie znaczenie w twoim zawodowym życiu miało to, iż jesteś kobietą? - to pytanie Virginia słyszy setki razy.


- Żadne. Każda kobieta staje się wyzwoloną w momencie, w którym opuszcza macicę - odpowiada zawsze Apgar.


- Grasz w tenisa całkiem dobrze jak na dziewczynę - usłyszy kiedyś od koleżanki.


- Co masz na myśli? - odpala od razu. - Przecież to nie ma znaczenia, czy jestem kobietą, czy facetem. Jeżeli jesteś dobra, to jesteś dobra i płeć nie ma tu nic do rzeczy.


Dziedzina, w której Virginia nigdy nie osiągnęła biegłości, to gotowanie. Notorycznie zapomina o garnku postawionym na kuchni i dlatego wciąż zdarza się jej jeść przypalone potrawy. Niektórzy znajomi sądzą nawet, że musi mieć szczególne upodobanie do przypalonych dań, bo inne w jej domu prawie się nie zdarzają. Virginia oprócz administracji i papierków nie znosi jeszcze dwóch rzeczy - przyjmowania hołdów i odbierania dowodów współczucia. Kiedy poważnie rozchoruje się na wątrobę, nawet najbliższym przyjaciołom zabrania odwiedzin w szpitalu. Umiera we śnie 7 sierpnia 1974 roku w wieku 65 lat.


PS


- Czym skala Apgar jest dla neonatologów dziś? - pytam prof. Marię Kornacką, szefową akademickiego szpitala położniczego im. Anny Jagiellonki w Warszawie. - Używamy jej codziennie, badamy w ten sposób każde dziecko - odpowiada pani profesor. - Choć naturalnie po latach okazało się, że ma ona pewne niedoskonałości. Na jej podstawie trudno bowiem oceniać stan bardzo maleńkich, przedwcześnie urodzonych dzieci. Wiemy także, że czasem dziecko po urodzeniu może mieć całkiem dużo punktów w skali Apgar, a potem dochodzi do groźnych wylewów śródczaszkowych i kończy się to poważnym upośledzeniem umysłowym. Dlatego powtarzam studentom: 'Oto zadanie przed wami - trzeba wymyślić nową skalę Apgar'. Ale na razie nikt tego jeszcze nie zrobił. Pani Virginia Apgar po 57 latach jest wciąż nie do pobicia.


 


źródło:


http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,8116621,Nikt_sie_przy_mnie_nie_udusi.html

Dodaj Komentarz

Musisz być zalogowany, by móc dodać komentarz.

Komentarze

Zobacz profil - rescue
"Zrób co należy i zrób to natychmiast" - podoba mi się to powiedzenie.
Zobacz profil - Klaudiusz
ciekawy artykuł, fajnie opracowany, szczerze polecam wszystkim

Społeczność

Najnowsze zdjęcia

  • Śmigłowiec sokół
  • Zgodniezprawem
  • Przyczepa do transportu?
  • Pierwsza pomoc tonącym
  • Podstawowa Opieka Zdrowotna
  • Wzywając pogotowie, nie okłamuj dyspozytora
  • Nie czekaj, dzwoń!
  • Nie wzywaj pogotowia nadaremnie
  • Wzywaj z głową
  • Ratownik medyczny
  • Teraz już wiesz...
  • Miał zawał. Karetki nie było.
  • Zespół QRS i jego szerokość
  • STEMI może być...
  • Słupek
  • Zatrucia